Magazyn Teologiczny Semper Reformanda
* ECCLESIA * SEMPER * REFORMANDA * EST *

 Tematy Magazynu SR  
Biblia
Dokumenty
Teologia
Katolicyzm
Prawosławie
Protestantyzm
Historia Kościoła
Ekumenizm
Debaty o Kościele
Duchowość
Komentarze do Psalmów
Religia - judaizm
Religia - islam
Kościół a nowe idee
Religia i kultura
Kościół w świecie
Kościół zwiastowania

 Wspomóż Ekumenizm.pl  

 Menu Użytkownika  
Login:

Hasło:

Nie masz konta?
Zarejestruj się
(podajesz TYLKO login i adres e-mail)

 Wydarzenia  
Żadnych wydarzeń w najbliższym czasie

 EAI Ekumenizm.pl  
Wystąpił błąd odczytu (szczegóły w pliku error.log).


 Teologia świętego spokoju
 Autor:  Dariusz Bruncz   
 Data:  21.04.2007 19:15
 Przeczytane:  4586 razy  
Stwierdzenie, że chrześcijaństwo jest symfoniczne, czy po prostu różnorodne jest truizmem, którego nie sposób zanegować. Różnobarwność chrześcijaństwa wynika z bogactwa Ewangelii, z jej uniwersalnego posłannictwa i różnych sposobów przepowiadania. Zwiastowanie Dobrej Nowiny nie jest celem w samym sobie, nie jest duchową terapią dla roztargnionych zmysłów, ani psychologicznym panaceum dla rozmytych horyzontów, ale wypełnia się i spełnia w głoszeniu Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego. Teologia, która nie jest nauką o Bogu, a ludzkim słowem o Słowie, a zatem i niedoskonałą próbą "dotknięcia" się świętych tajemnic, nie jest jednak konglomeratem religijnych supermarketów, ani też inwentarzem, który należy sobie bezwzględnie przyswoić. Teologia jest zawsze służebnicą Prawdy, a ta dla chrześcijan w pełni ucieleśniła się w Chrystusie.

Teologia nie zajmuje się poszukiwaniem lub odkrywaniem Prawdy. Ona już – mimo że w sposób niedoskonały - żyje Prawdą, z niej się rodzi, gdyż jako refleksja nad wiarą człowieka, nie może istnieć bez impulsu wiary –nie jakiejś wiary w istnienie oceanu bóstwa, transcendentnej dobroci, ale wiary w Tego, w którym zamieszkała cała pełnia boskości i który uniżył samego siebie, i był posłuszny aż do śmierci krzyżowej (por. Flp 2). Teologia nie rodzi się w bezmiarze spekulacji - jest wynikiem modlitwy i pielgrzymowania całego Kościoła, nie jest budowlą skonstruowaną z wygenerowanych lub wynajętych/zapożyczonych składników, ale jest odpowiedzią na Boże Objawienie.

Teologia, która na sztandarach wypisuje sobie postęp, sugerujący, jakoby wszystko to, co działo się do tej pory, było przykrym, aczkolwiek koniecznym etapem w osiągnięciu większego postępu, staje się zakładniczką umiłowania samej siebie, nie potrafi wyjść poza siebie (a-ekstatyczna), nie jest w stanie z siebie zrezygnować na rzecz jedynej Prawdy, bo w końcu nic nie jest ostatecznie słuszne, wszystko jest względne i możliwe. Taki obraz teologii wyłania się z tekstu zaprezentowanego przez Lucasa Skurczyńskiego.

Opiewana w apelu o nową reformację "teologia postępu" jest dowolnym zlepkiem utylitarnie i korporacyjnie dobranych treści, duchowych koterii, które kapitulują przed historią Kościoła i ze wstydem oraz rewolucyjnym zapałem odwracają się od pielgrzymki Ludu Bożego. Ale po kolei.

Nie wiem, o jakim bezkrytycznym zapatrzeniu w Stany Zjednoczone mówi Skurczyński, nie wiem też, na czym ma dokładnie polegać "inność" tzw. "teologii postępowej" od tzw. teologii liberalnej (której?), nie dostrzegam też we współczesnym dyskursie teologicznym narodowego, a nawet konfesyjnego zawężenia, gdyż czasy, w których teologowie żyli w zamkniętych wieżach i bezpiecznych murach własnych denominacji już dawno minęły – na szczęście bezpowrotnie. Najlepszym dowodem na to jest ruch ekumeniczny, toczący się na wszystkich płaszczyznach życia eklezjalnego oraz prowadzony przez Kościoły o niejednokrotnie odległej tradycji teologicznej – np. dialog prawosławno-reformowany.

Lucas Skurczyński traktuje kategorię synkretyzmu nadzwyczaj pozytywnie. Staje się ona nie tylko uprawomocnieniem bezgranicznej dowolności, ale nawet warunkiem "teologicznych" dociekań. Trochę jabłek, śledzia w oleju, baraniny, do tego gęsta czekolada i już mamy postępowy, innowacyjny i zdumiewający produkt, który działa na wyobraźnię i nie tylko. O hermeneutyce biblijnej Lucas Skurczyński mówi tak, jakby istniała tylko czarno-biała alternatywa między biblicystycznym fundamentalizmem i marzycielską interpretacją rodem z książek Ericha Dänikena. Nie dostrzega lub nie chce dostrzec, że współczesna hermeneutyka biblijna – zarówno rzymskokatolicka, jak i ewangelicka – tak samo daleka jest od ignorowania instrumentów naukowych, jak od ich przebóstwiania. Sensacyjne odkrycia lub spektakularne teorie, które w najlepszym przypadku okazują się być później wątpliwymi hipotezami, wzbudzają jedynie zainteresowanie mediów, które na co dzień specjalizują się tajemnicami alkowy upadających gwiazdeczek pop-kultury lub poszukiwaniem spiskowej teorii dziejów począwszy od Mędrców Syjonu, a skończywszy na Opus Dei.

Alternatywne formy kultu, które miałby być osiągnięciem "teologii postępu", znane są w chrześcijaństwie od początku jego istnienia – liturgia ulegała wielu procesom, zmieniała się i nadal się zmienia, i to ponad podziałami konfesyjnymi, czego przykładem jest cenny ruch 'Kościoła wynurzającego się' (emerging Church) działający w tradycyjnych Kościołach protestanckich i anglikańskich.

Zakończenie oświeceniowego sporu wiary i rozumu? Nawet szkoda komentować – wystarczy dokładnie prześledzić teologiczne debaty ostatnich wieków, a jeśli czasu nie stanie, wystarczy zajrzeć do jednego z najwybitniejszych, współczesnych teologów chrześcijańskich, który od lat podkreśla, że wiara i rozum należą do siebie, są na siebie zdane. Mowa o Josephie Ratzingerze. Co ma "teologia postępu" do zaoferowania w tym temacie? Równość homoseksualistów i heteroseksualistów? Czy istnieje jakaś teologia, która twierdzi, że homoseksualiści to podludzie i wobec Boga są innymi, aniżeli ci, których ciągnie do płci przeciwnej? Czy teologia to kolejne powstanie uniwersalistycznych marzeń stworzenia meta-religii, Ober-"Kościoła", w którym do jednego boga modlą się chrześcijanie, taoiści, muzułmanie i hinduiści?

Trudno nie odnieść wrażenia, że głównym postulatem "teologii postępu" jest relatywizm, a to wszystko nie na większą chwałę Bożą, ale dla większego świętego spokoju – to teologia na miarę klocków puzzle, domowy patchwork podbudowany nudą i nowinkarstwem.

"Teologia postępu", jak ją przedstawia Skurczyński, narzuca wyzbycie się duchowego kręgosłupa – to nie jest Reformacja a Deformacja. Pod pretekstem otwarcia horyzontów dokonuje zamachu na chrześcijańską tożsamość, jest wirusem, który korzystając z chrześcijańskiej przestrzeni. Dąży do autodestrukcji chrześcijańskiej teologii i wyprasowania tego wszystkiego, co składa się nie tylko na jego fundamentalną tożsamość, ale i elementy symfoniczności, które na potrzeby projektu zostają stopione w postępowo-fasadową papkę. Bombarduje ideologią fałszywej tolerancji i ułożenia się ze światem, głosi względność wszystkiego, stawia miliardy hipotez i unika prawdy, która zmienia się w zależności od zarzuconego tematu – np. ekologii, gender, teologii wyzwolenia. Jej modlitwą jest sceptycyzm, wyznaniem wiary zadekretowane zwątpienie, a bóstwem "coś/ktoś tam w górze". Duch Święty nie jest jednak sceptykiem – jak powiedział pewien augustiański mnich – ale tym, który pobudza do wiary w Chrystusa i Jego słowa.

Teologia prawdziwie chrześcijańska zna swoje słabości, wciąż próbuje się uchwycić Prawdy, dzięki której żyje, czasami wątpi, pyta o nowe drogi, ale daży wciąż do tego samego celu, którym jest Chrystus, a nie postęp.

Dariusz Bruncz




 Odnośniki  
  • tekstu zaprezentowanego przez Lucasa Skurczyńskiego
  • Więcej autorstwa Dariusz Bruncz
  • Więcej z sekcji Teologia

  •  Opcje Artykułu  
  • Wyślij Znajomemu
  • Wersja Do Wydruku


  • Teologia świętego spokoju | 0 komentarzy | Załóż Konto
    Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.