Co pomyślałem, gdy przeczytałem "Nierządnice" Tomasza Jaeschke

18.03.2006 13:44

Zamieścił: jacekk

Napisanie kilku słów w ramach refleksji po przeczytaniu Nierządnic Tomasza Jaeschke jest dla mnie prawdziwą przyjemnością. Piszę te słowa w okolicznościach, w których znalazłem się nie po raz pierwszy i już wiem – choć chciałbym, by było inaczej – że także nie po raz ostatni. Pozwolę więc sobie przedstawić ten powtarzający się schemat w czasowym trójwymiarze.

Przeszłość. Kilka lat temu na tyle zainteresowałem się spuścizną Anthony’ego de Mello, że postanowiłem napisać na ten temat książkę. Rozważanie jego uwag na różne tematy było dla mnie wielką przygodą i skłoniło mnie do przemyślenia na nowo wielu ważnych kwestii. Zacząłem więc spisywać swoje refleksje, nie mając jeszcze ostatecznej wizji książki. Nie spieszyłem się z tym, w wyniku czego pomiędzy dwoma etapami mojej pracy – spisywaniem przemyśleń i ich ostateczną redakcją – pojawiła się notyfikacja kard. Ratzingera na temat pism pozostawionych przez hinduskiego jezuitę. Byłem zły na siebie, że nie zdążyłem wcześniej zrealizować zamierzonego celu, ponieważ od tego momentu moja refleksja mogła nie być już tak niezależna od treści tegoż dokumentu – a taką by na pewno była, gdybym go nie czytał. Do momentu notyfikacji można było być „za” lub „przeciw” Anthony’emu de Mello, a od tej pory było się już poniekąd „za” lub „przeciw” kardynałowi Ratzingerowi. A ja nie chciałem być „za” lub „przeciw” komukolwiek. Chciałem jedynie napisać, co myślę. Ostatecznie nie pozostało mi nic innego, jak tylko postarać się być wiernym sobie i nadać zanotowanym wcześniej przemyśleniom taki kształt, jaki dyktowało mi sumienie, a nie nawet tak poważna sugestia, jak wspomniana notyfikacja. Zrobiłem to na tyle niezależnie, na ile było to dla mnie możliwe.

Teraźniejszość. Dokładnie tak samo wyglądała moje spotkanie z książką Tomasza Jaeschke. Najpierw przeczytałem ją w miarę szybko, ale nie bezrefleksyjnie, bo to w przypadku Nierządnic nie jest możliwe. Drugie, redakcyjne już czytanie było z natury rzeczy bardziej wnikliwe. Przy tej okazji zacząłem notować swoje przemyślenia, uwagi i pytania wyłaniające się z lektury, które potem zamierzałem usystematyzować i przedstawić w zwięzłej formie. Zanim jednak zdążyłem wszystkie te myśli ostatecznie poukładać, dotarła do mnie refleksja ks. Sławomira Szkredki, którego poprosiłem o opinię na temat tej książki. Bardzo się z tego ucieszyłem, ale przy okazji znów byłem (jestem) zły na siebie za to, że swoich przemyśleń nie zdążyłem wyrazić wcześniej. Bo jak się tu nie sugerować tym, co napisał Sławek, skoro już zdążyłem zapoznać się z jego uwagami? A jego opinię biorę pod uwagę, bo inaczej nie prosiłbym go o jej przedstawienie. W tej chwili nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko zapewnić Czytelnika, że w tym, co niżej przeczyta, znajdzie moje refleksje poczynione na bazie lektury Nierządnic, niezależnie od tego, co napisał Sławek.

Przyszłość. Nie zdążyłem z wieloma rzeczami (choć przedstawiłem jedynie dwa przykłady) i nie dałbym głowy, że to się na pewno zmieni. Być może mój typ tak ma. Warto jednak pamiętać, że takie cele, jak napisanie książki o Anthonym de Mello, czy refleksji na bazie Nierządnic są niczym w porównaniu z celem ostatecznym, którym jest osiągnięcie królestwa niebieskiego. A wygląda na to, że i w tym wypadku nie zdążę, że znów ktoś mnie wyprzedzi. Powiem więcej: tak będzie na pewno, trudno mi bowiem polemizować z Jezusem, który według mnie zawsze ma rację. A Jezus powiedział wyraźnie, że w drodze do królestwa niebieskiego poprzedzą mnie... nierządnice.

Choć ciągle z czymś nie nadążam, choć ciągle ktoś mnie wyprzedza, to jednak nie brak mi powodów do optymizmu. Bo to moje nienadążanie ma charakter względny: książkę o Anthonym de Mello ostatecznie napisałem, refleksję zainspirowaną lekturą Nierządnic – jak widać – też, zatem nic niezwykłego się nie stanie, jeśli ten sam schemat powtórzy się w trakcie realizacji mojego najważniejszego celu. Czy znów mam być zły na siebie, że tym razem celnicy i nierządnice poprzedzą mnie do królestwa? Może i będę z tego powodu niezadowolony, ale to kwestia przyszłości. Teraz najzwyczajniej cieszę się z tego, co Jezus powiedział, bo jest to wbrew pozorom bardzo optymistyczne przesłanie (proroctwo): „Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego” (Mt 21, 31). Jeżeli oni wchodzą tam przed nami, to znaczy, że my wchodzimy tuż za nimi. Jak widać, nie ma w tym zdaniu „zamiast”, a jedynie „przed”. A zatem i my (ja) również ten najważniejszy cel życia osiągniemy. Cieszę się więc ogromnie z tego przyszłego osiągnięcia, nie przejmując się zanadto tym, że ktoś mnie poprzedzi...

W ocenie książki Tomasza mogę nie być obiektywny. Łączą nas bowiem podobne przeżycia, podobne doświadczenia, podobne cele w przeszłości i teraźniejszości. Moglibyśmy się nigdy nie poznać, gdyby nie ta książka – książka, której wiele fragmentów sam mógłbym napisać. Ale jest też w niej wiele stron, których bym na pewno nie napisał i za nie szczególnie jestem autorowi wdzięczny. Czy, a jeśli tak, to w jaki sposób Nierządnice wpłynęły na moje przekonania, na moje życie? Odpowiedź na tak postawione pytanie nie może być wolna od osobistych akcentów i dzięki temu – mam nadzieję – będzie jakoś pasować do refleksji Tomasza.

Świadectwo raczej nie podlega ocenie. Oceniać jednak można jego formę, a ta pozostawia nieco do życzenia. Myślę, że przy takim spektrum poruszanych zagadnień nie zaszkodziłby podział na więcej mniejszych, bardziej zwartych rozdziałów. Nie zaszkodziłoby też przemieszczenie niektórych partii tekstu. Tomasz wprawdzie nie przywołuje wielokrotnie tych samych faktów, ilustrujących dane zagadnienie, zdarza mu się jednak w niektórych rozdziałach powracać do pewnych tematów. Ale jest na to jakieś usprawiedliwienie: autor Nierządnic pokazuje „samo życie”, a ono dość często nie jest tak usystematyzowane, jak byśmy sobie tego życzyli. W życiu równolegle współistnieją różne wątki. Jeśli więc książka pomyślana jest jako świadectwo, a nie teologiczny traktat, to myślę, że można jej wybaczyć te niedoskonałości.

Kontakt z książką Tomasza był jest dla mnie przygodą religijną i intelektualną. Religijną z natury rzeczy, bo pisaną przez osobę religijną i na tematy religijne. A intelektualną dlatego, że dzięki niej pogłębiona została moja wiedza i religijna świadomość. Dzięki Tomaszowi zwróciłem uwagę na takie aspekty z życia Kościoła, nad którym sam wcześniej nie zastanawiałem się wystarczająco głęboko. Dlaczego tak się stało? Nie będę szukał dla siebie usprawiedliwienia. Może tak było mi po prostu wygodniej... Nie znaczy to, że obca mi jest religijna refleksja. Po prostu niektóre tematy bezpośrednio mnie nie dotyczyły i może dlatego więcej myślałem o religiach Wschodu, niż o trudnościach osób rozwiedzionych, albo o kobietach, które uważają, że Bóg powołał je do kapłaństwa. Nie chcę przez to powiedzieć, że teraz nieustannie myślę o tym wszystkim. Znów nie o wszystkim i pewnie też nie wystarczająco głęboko. Dlatego z wielką radością przyłożyłem rękę do wydania książki kogoś, kto o tych rzeczach pomyślał i myśli te spisał. Są one odkrywcze, inspirujące, głębokie. Piszę te słowa z pełnym przekonaniem.

Tomasz stawia pytania i proponuje odpowiedzi. Można się z nim nie zgadzać, ale trudno mu zarzucić uciekanie od problemów. Nie wspomnę oczywiście o wszystkim, co mnie w tej książce poruszyło, a to, nad czym chciałbym się dłużej zatrzymać, zamknę w trzech punktach. I tak najpierw dotknę niektórych problemów, z którymi borykają się osoby duchowne (jak i te, które pragną należeć do ich grona). Autor Nierządnic nie ogranicza się jednak wyłącznie do refleksji nad życiem tych osób. Zatem i ja pochylę się wraz z nim nad życiem świeckich Kościoła katolickiego. Duchowni, świeccy... Czy jest jeszcze inna grupa? Tak. To ci, którzy opuścili (bądź opuszczają) szeregi duchownych, by na nowo stać się ludźmi świeckimi. Ich sytuacji również chciałbym parę słów poświecić.

Z wielką przyjemnością czytałem te fragmenty książki O moim kapłaństwie i moim Kościele, w których Tomek pisał o swoim powołaniu, o jego rozeznawaniu, o okolicznościach, które temu procesowi towarzyszyły. Rozeznanie swojego powołania to zadanie dla każdego człowieka, a zarazem wielka odpowiedzialność tych, którzy mu w tym towarzyszą. Autor opisuje doświadczenie, jakie w tej delikatnej materii stało się jego udziałem. Jeden z kapłanów był w stu procentach pewien, że Bóg wzywa Tomasza na kapłańską drogę. Tak się składa, że się nie pomylił. Tomek nie podważa jego opinii, zastanawia się jednak, czy ów kapłan miał prawo do takich „nieomylnych” wypowiedzi. Tu więc nie tyle o sam fakt chodzi, ile o „metodologię”.

Czy zawsze można mówić o woli Bożej tam gdzie się ją oficjalnie i uroczyście stwierdza? – pyta autor Nierządnic. Zdrowy rozsądek podpowiada, że nie zawsze. Czasem jednak – spieszy z wyjaśnieniem – zdrowy rozsądek bywa spychany na dalszy plan. „Jeżeli mój dobry przyjaciel, ksiądz, prosi władze zgromadzenia o przeniesienie go na inną parafię, gdyż przełożony zakonny, z którym było mu dane dzielić dach nad głową i jeden stół na plebani, jest uosobieniem wszystkiego poza miłością bliźniego, a mój przyjaciel obawia się, że dłuższe trwanie w takich warunkach może wkrótce stać się dla niego nie do zniesienia, że może nie wytrzymać psychicznie, zaś przełożeni zakonni w imię miłości do Boga każą mu tam dalej tkwić i po jakimś czasie mój przyjaciel trafia najpierw do gabinetu lekarza, a potem do szpitala psychiatrycznego, gdzie poddawany jest długiemu leczeniu... to trudno mi uwierzyć, że Bóg tak chciał i że przełożeni działali w Jego imieniu, że byli Jego głosem! Trudno uwierzyć, że Dobry Bóg w swoich planach chciał rzeczywiście zafundować mojemu przyjacielowi darmowy pobyt w zakładzie zamkniętym dla nerwowo i psychicznie chorych...”.

Ale jest też inna możliwość. Oto inny ksiądz – też przyjaciel autora – zostaje za sprawą woli Bożej, wyrażonej przez przełożonych, „skierowany na placówkę, na której, co z góry wiadomo, grozi mu pogłębienie się problemu z alkoholem, problemu, z którym właśnie usiłuje sobie poradzić i zgromadzenie o tym doskonale wie... i on to przeczuwa i prosi o zmianę decyzji, zmianę ‘woli Bożej’, i po swojej interwencji na mocy nowego dekretu ‘woli Bożej’ zostaje przeniesiony do dużego miasta, do dużego skupiska ludzi, do zdrowszego dla niego środowiska, to trudno mi uwierzyć, że to wszystko dzieje się za sprawą Ducha Świętego. Wygląda na to, że mój stary przyjaciel swoim odwołaniem pouczył Ducha Bożego, co ma robić...”.

Jest nad czym pomyśleć, prawda? Zwłaszcza, gdy jest się świadkiem tego, o czym pisze Tomasz: „Można się rzeczywiście w tym wszystkim zgubić: wola Boża, wola nie-Boża... Kiedy tak, a kiedy nie? Dzisiaj tak, jutro nie. Tu tak, a tam nie. Niejednego kleryka usunięto z seminarium (...) bo stwierdzono u niego brak owego powołania, a po pewnym czasie okazywało się, że ów kleryk znajdował inny zakon czy seminarium, w którym przełożeni byli odmiennego zdania i w nowym miejscu doprowadzano owego człowieka do święceń kapłańskich. Można dostać zawrotu głowy...”.

Nieobojętny był mi fragment książki opowiadający o pewnym kleryku, a potem księdzu Marianie. Historia tego człowieka wywołała we mnie rezonans dlatego, że sam takich spotkałem (a może i ja przez niektórych jestem za takiego uważany – któż to wie?). „Opowiadano o nim – pisze Tomasz – że był jednym z tych, którzy prześlizgnęli się przez lata formacji... którym się udało. Marian, w oczach wielu, nie miał powołania”. Zdaniem Tomasza nie był on ani gorszy ani lepszy od innych, których wyświęcono na kapłanów. Jednak to on, a nie inni (którzy pewnie myśleli podobnie), w dniu swoich święceń kapłańskich powiedział: „A teraz to mogą mnie wszyscy pocałować w d...”. Nie była to zbyt wyrafinowana forma wyrażenia swoich uczuć – komentuje Tomasz – zapewne niegodna polecenia, ale bezsprzecznie dobitna i wyraźna. Najprawdopodobniej chciał przez to powiedzieć: „A teraz to niech się ode mnie wszyscy odczepią! Mam dosyć tej kontroli, ciągłego ograniczania, głupich decyzji przełożonych... Księdzu nic już nie mogą zrobić, wreszcie nie muszę się ich bać”.

Marian przeszedł przez niejedno „sito” i ostatecznie został uznany za godnego święceń. Po kilku latach odszedł z kobietą. Jeżeli on rzeczywiście jedynie „prześlizgnął” się przez seminarium – zastanawia się autor – to oczywiście jego wina, ale to też rzuca światło na kompetencje całego aparatu, który go do tych święceń dopuścił.

Pozostańmy jeszcze chwilę przy temacie rozpoznawania kapłańskiego powołania. Czy każdy, kto jest głęboko przekonany o swym powołaniu, został nim rzeczywiście obdarzony? Czy może są osoby z definicji nie-powołane do kapłaństwa, choćby im się wydawało, że jest wręcz przeciwnie? Takich osób jest coraz więcej. Ich przeświadczenie sprzeczne jest jednak z przekonaniem obowiązującym w Kościele katolickim. Do tego grona należą nie tylko przedstawiciele mniejszości (takich czy innych), ale osoby reprezentujące połowę gatunku ludzkiego – kobiety.

„Kapłan jest w stanie zafascynować się kobietą, tak samo jak kobieta – kapłaństwem...”. To słowa autora Nierządnic. Co jednak może z tego wyniknąć? Bardzo wzruszyła mnie jego relacja z dyskusji z udziałem austriackiego biskupa Helmuta Krätzla na temat udzielania kobietom święceń kapłańskich. Pewna starsza kobieta zapytała wtedy biskupa o to, co on osobiście sądzi na temat stanowiska Kościoła w tej sprawie. Biskup przypomniał, że Kościół to instytucja, która wciąż dojrzewa, która potrzebuje cierpliwości. Dodał też, że Kościołowi często potrzeba czasu, by coś zrozumiał, by się o czymś przekonał i że właściwie nie można mu mieć tego za złe. Taka jest bowiem prawidłowość każdej ludzkiej instytucji, nie wyłączając Kościoła. Tomasz podkreśla, że biskup nie powoływał się wtedy na Pismo święte, odwoływał się natomiast do historii, do niedoskonałości natury ludzkiej, niedoskonałości struktur opóźniających czasem proces dojrzewania Kościoła.

Owa starsza kobieta – relacjonuje autor Nierządnic – słuchała z ogromną uwagą, cierpliwością i spokojem. Jej spojrzenie zdradzało jednak głęboką troskę. „Księże biskupie – powiedziała, patrząc mu głęboko w oczy, kiedy on zakończył już swój wywód. – Ale mój czas ucieka. Nie wiem, ile mi go jeszcze zostało. Najmłodsza to ja już nie jestem... a czuję się powołana do kapłaństwa. Wierzę, że obdarowana zostałam powołaniem do kapłaństwa. Jeżeli mnie moje przeczucie i wiara nie mylą i jeżeli Bóg mnie naprawdę ‘wybrał’, to kto weźmie odpowiedzialność za moje zmarnowane powołanie, za moje zmarnowane powołanie do kapłaństwa?”.

Koronnym argumentem Kościoła w tych kwestiach jest twierdzenie, że Ewangelie milczą na temat obecności kobiet w wieczerniku, co znaczy, że sakrament kapłaństwa mogą przyjmować wyłącznie mężczyźni. „A czy mówią Ewangelie o tym – pyta Tomasz – że Jezus przechodził okres dojrzewania, że korzystał z toalety, że mył całe ciało, że był chory (nigdy nie chorował ?!), przeziębiony, spocony, brudny, że miewał sny? Nie! bo to nie kronika, tylko Ewangelia! To nie podręcznik do historii, lecz świadectwo Dobrej Nowiny Mistrza z Nazaretu. Pytać, czy były tam kobiety, czy nie, to pomyłka, nieporozumienie, to dowód żenującej ignorancji na temat natury Ewangelii. Jedyne rozsądne, uzasadnione w tym temacie pytanie, to pytanie, czy Jezus (taki, jakiego znamy z Ewangelii) mógłby mieć coś przeciwko przekazaniu kobietom, ze względu na ich przynależność płciową, wielkiego daru Jego kapłaństwa?”.

Tomasz nadmienia, że kiedyś zapytano starokatolickiego biskupa Bernharda Heitz’a, dlaczego decyduje się przekazywać dar święceń kapłańskich kobietom. „Bo nie znajduję ani biblijnych, ani teologicznych argumentów, które by mnie przed tym powstrzymywały” – odpowiedział biskup.

Jak więc powinien postępować Kościół? Jakimi przesłankami winien się kierować? Gdybym miał zaproponować jakiś sposób podejścia do nowych wyzwań, to zastanawiam się, czy nie sprawdziłaby się psychologiczna teoria... analizy transakcyjnej.

Analiza transakcyjna zakłada istnienie trzech komplementarnych stanów Ja. Owe stany Ja nazwano terminami: Rodzic, Dorosły i Dziecko. I tak stan Ja-Rodzic jest zbiorem doświadczeń powstałych pod wpływem sytuacji zewnętrznych, wykreowanych przez rodziców lub osoby ich zastępujące. Są to różne wartości, normy, nakazy, zakazy, polecenia i gotowe wzory zachowań.

Ja-Rodzic spełnia dwie główne funkcje: z jednej strony umożliwia jednostce skuteczne wypełnianie roli rodzica wobec własnych dzieci, zaś z drugiej strony wiele zadań realizuje automatycznie, co pozwala nam zaoszczędzić dużo czasu i energii. Pewne rzeczy robi się tak, a nie inaczej, bo „tak się to właśnie robi”. Takie podejście uwalnia Ja-Dorosłego od konieczności podejmowania wielu drobnych decyzji, dzięki czemu może on poświęcić się ważniejszym sprawom, pozostawiając czynności rutynowe Ja-Rodzicowi.

Natomiast stan Ja-Dorosły wyraża wszystkie nabyte umiejętności i zdolności służące rozumieniu rzeczywistości i samego siebie. Jest to ten obszar naszego Ja, który pozwala nam bezpiecznie poruszać się w otaczającym świecie i dokonywać racjonalnych wyborów. Sprawuje on w nas funkcje kontrolne i decyzyjne w odniesieniu do dwóch pozostałych struktur. Ja-Dorosły jest zorganizowany, elastyczny, inteligentny, racjonalny i odpowiedzialny. Jego postępowanie jest owocem trzeźwej analizy danych.

Z kolei stan Ja-Dziecko obejmuje wszystkie wrodzone i nabyte wzorce popędów oraz reakcji emocjonalnych. Jest to całe bogactwo uczuć przeżywanych przez człowieka, takich jak lęk, poczucie winny, czy ciekawość. Dziecko pod wieloma względami jest najbardziej wartościową częścią osobowości i może wnosić w życie jednostki dokładnie to, co rzeczywiste dziecko wnosi w życie rodziny: radość, twórczość i wdzięk.

Jak owe stany Ja odnieść do Kościoła? Wydaje się, że żaden z nich nie jest mu obcy. Najkrócej zatrzymam się nad stanem Ja-Dziecko. Można by z nim porównać – jak sądzę – przejawy religijności spontanicznej, emocjonalnej, nie do końca poddane krytycznej ocenie, co nie znaczy sprzecznej z zasadniczym przesłaniem chrześcijańskim. Do tego stanu Ja zaliczyłbym wydarzenie Pięćdziesiątnicy, a współcześnie Ruch Odnowy w Duchu Świętym w jego rozmaitych przejawach.

Dzieciństwo powinno być szczęśliwe, bo tylko wtedy człowiek dorosły będzie rzeczywiście dorosły, to znaczy dojrzały, autonomiczny, świadomy własnej wartości i zdolny do wchodzenia w twórcze relacje z innymi. Dotyczy to również Kościoła, który winien ciepło wspominać swoje „dzieciństwo” (pierwsze rozdziały Dziejów Apostolskich) i dzięki tej sile (i w tym duchu) stawiać czoła współczesnym wyzwaniom. Kościół w każdym wieku (zatem dzisiaj także) winien być „dorosły”. Znaczy to, że powinien – zgodnie z przyjętymi przez siebie zasadami postępowania – wyciągać wnioski z przesłanek, którymi są z jednej strony różne sytuacje życiowe i biblijne przesłanie z drugiej. „Dorosły” Kościół winien wciąż na nowo spoglądać na życie przez pryzmat fundamentalnego religijnego przesłania. Przesłanie to brzmi: Deus Caritas est (Bóg jest Miłością) i przypomniał nam je ostatnio papież Benedykt XVI w encyklice tak właśnie zatytułowanej.

Czy Kościół postępuje zgodnie z tym przesłaniem? On sam chętnie powtarza, że tak. Czy jednak czyni to we właściwy sposób, to znaczy wystarczająco odważnie, niezależnie, „dorośle”? Niezależnie od czego? Głównie od... własnej tradycji! Wydaje się, że Kościół nie jest tak „dorosły”, jak mógłby być, gdyż za bardzo uzależniony jest od wzorców wypracowanych przez tradycję. Czyż samo określenie „Matka-Kościół” nie pasuje idealnie do tego schematu?

Weźmy pod uwagę objawioną prawdę Deus Caritas est i kapłaństwo kobiet. Dlaczego niektóre kobiety chcą przyjąć święcenia kapłańskie? Czyż nie dlatego, żeby móc głosić, iż Bóg jest Miłością? Czyż nie dlatego, żeby móc Jego miłość przekazywać światu? Czy kapłaństwo kobiet w jakikolwiek sposób przeczy prawdzie, że Bóg jest Miłością? Z pewnością nie. Wydaje się, że konsekwentne stanowisko w tej sprawie jest wyłącznie wynikiem lęku przed „Rodzicem”, „Matką”, czyli tradycją Kościoła. Matka oczywiście „kocha” swoje dzieci, ale na „takie rzeczy” nie pozwala. Nie twierdzę, że należy zlekceważyć tradycję Kościoła. Czyż jednak nie należałoby w tej sytuacji postępować tak, jak postępuje dorosły człowiek ze swoją matką? Szanuje ją, liczy się z jej zdaniem, ale ostatecznie sam dokonuje wyborów. Czasem są one zbieżne z wolą matki, a czasem nie.

Przypomnijmy stanowisko dwóch biskupów w kwestii udzielania święceń kapłańskich kobietom. Widać wyraźnie, że na stanowisko skądinąd „progresywnego” biskupa rzymsko-katolickiego Helmuta Krätzla ogromny wpływ ma tradycja. Natomiast starokatolicki biskup Bernhard Heitz nie znajduje żadnych argumentów, które nie pozwalałyby mu udzielać święceń kapłańskich kobietom. Wygląda na to, że ów biskup w tym, co czynił, kierował się przekonaniem, że Bóg jest Miłością, nie pytając „Matki”, w jaki sposób ona, kierując się tą samą zasadą, podchodziła w swoim czasie do tej samej kwestii.

Czas na problemy ludzi świeckich. Jednym z nich na pewno jest kościelny sprzeciw wobec antykoncepcji. Tomasz pisze, że pytania o uzasadnienie zakazu stosowania antykoncepcji przyprawiały go zawsze o ból głowy. Zapewniam, że nie tylko jego. Najtrudniej – podkreśla – było w konfesjonale: „Tu zobowiązywałem ludzkie sumienia w imieniu Tego, kogo tam reprezentowałem. Tu nie było miejsca na akademickie dyskusje, tu padały brzemienne w konsekwencje słowa, słowa odciskające na sumieniach piętno”.

To prawda, że nie wszystko w tej kwestii jest czarno-białe, a przez to łatwe do oceny. Ale z pewnością – poza różnymi wątpliwościami – jest jedna okoliczność, która zasługuje na poważne potraktowanie. To sytuacja kochających się i odpowiedzialnych małżonków, którzy wspólnie decydują się na antykoncepcję.

Zarzuty są standardowe: wygoda, egoizm, instrumentalne traktowanie kobiety (a dlaczego nie mężczyzny?). Tomasz Jaeschke jest gotów w niektórych przypadkach, przy zachowaniu konkretnej duchowej postawy, usprawiedliwić zachowanie antykoncepcyjne „Idźcie do kaplicy, usiądźcie razem w ławce, podajcie sobie ręce, spójrzcie najpierw sobie, a potem Panu Bogu w oczy i niech każdy sam sobie odpowie, ile egoizmu było w tych wszystkich spotkaniach, zbliżeniach, ile egoizmu... ile myślenia przede wszystkim o sobie... szukania przede wszystkim siebie...”.

Nauka Kościoła na temat antykoncepcji jest ogólnie znana, choć w praktyce nie zawsze akceptowana. Trzeba więc zadać sobie pytanie o to, gdzie jest (jeśli jest) nadużycie – w nauce Kościoła, czy w postępowaniu nie akceptujących jej ludzi? Żeby na to pytanie uczciwie odpowiedzieć, trzeba jeszcze raz odwołać się do autorytetu, jakim dla chrześcijanina jest Biblia. Właśnie, co Biblia mówi o antykoncepcji? Szukając odpowiedzi na to pytanie, ponownie rozważyłem podstawowe teksty biblijne na temat małżeńskiego pożycia. Najwięcej wskazówek na ten temat można znaleźć u św. Pawła. Co on o tym wszystkim myśli?

Do Koryntian apostoł kieruje takie oto słowa:

„Co do spraw, o których pisaliście, to dobrze jest człowiekowi nie łączyć się z kobietą. „Ze względu jednak na niebezpieczeństwo rozpusty niech każdy ma swoją żonę, a każda swojego męża. Mąż niech oddaje powinność żonie, podobnie też żona mężowi. Żona nie rozporządza własnym ciałem, lecz jej mąż; podobnie też i mąż nie rozporządza własnym ciałem, ale żona. Nie unikajcie jedno drugiego, chyba że na pewien czas, za obopólną zgodą, by oddać się modlitwie; potem znów wróćcie do siebie, aby – wskutek niewstrzemięźliwości waszej – nie kusił was szatan. To, co mówię, pochodzi z wyrozumiałości, a nie z nakazu” (1 Kor 7, 1-6).

Czego się można z tych słów dowiedzieć? Na pewno tego, że św. Paweł preferuje życie bezżenne, ale też tego, że związku małżeńskiego nie uważa za rzecz złą. Co jeszcze można z jego słów wyczytać? Wydaje się, że św. Paweł doskonale odczuwa napięcie wynikające z różnicy płci i nie widzi na drodze zaspokojenia seksualnego problemów za wyjątkiem „rozpusty”. „Nie unikajcie jedno drugiego, (...) potem znów wróćcie do siebie...”. Jakby nie było żadnych dodatkowych warunków – byle tylko byli razem, dla siebie, byle tylko umacniał się ich związek.

Kolejny fragment tego samego listu jest prawie dosłownym powtórzeniem powyższego:

„Pragnąłbym, aby wszyscy byli jak i ja, lecz każdy otrzymuje własny dar od Boga: jeden taki, a drugi taki. Tym zaś, którzy nie wstąpili w związki małżeńskie, oraz tym, którzy już owdowieli, mówię: dobrze będzie, jeśli pozostaną jak i ja. Lecz jeśli nie potrafiliby zapanować nad sobą, niech wstępują w związki małżeńskie! Lepiej jest bowiem żyć w małżeństwie, niż płonąć” (1Kor 7, 7-9).

Na podkreślenie zasługują dwa ostatnie zdania: „Lecz jeśli nie potrafiliby zapanować nad sobą, niech wstępują w związki małżeńskie! Lepiej jest bowiem żyć w małżeństwie, niż płonąć”. Św. Paweł nie pisze tu o antykoncepcji, a więc nie wypowiada się „za” lub „przeciw”. Z tego jednak, co pisze, wnioskuję – chyba, że źle go rozumiem – iż wolałby po nią sięgnąć, „niż płonąć”.

W Liście do Efezjan św. Paweł pisze:

„Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej! Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, bo mąż jest głową żony, jak i Chrystus – Głową Kościoła: On – Zbawca Ciała. Lecz jak Kościół poddany jest Chrystusowi, tak i żony mężom – we wszystkim. Mężowie miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, oczyściwszy obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo, aby osobiście stawić przed sobą Kościół jako chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany. Mężowie powinni miłować swoje żony, tak jak własne ciało. Kto miłuje swoją żonę, siebie samego miłuje. Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz [każdy] je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus – Kościół, bo jesteśmy członkami Jego Ciała. Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, a połączy się z żoną swoją, i będą dwoje jednym ciałem. Tajemnica to wielka, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła. W końcu więc niechaj także każdy z was tak miłuje swą żonę jak siebie samego! A żona niechaj się odnosi ze czcią do swojego męża!” (Ef 5, 21-33).

Krótko mówiąc – mąż powinien kochać żonę jak siebie samego, a ona jego w ten sam sposób i jeżeli jest coś, co może w budowaniu ich wzajemnej więzi pomóc, to należy to zaakceptować, a nie odrzucać. Dużo jest w tych tekstach mowy o wzajemnym oddaniu (czy poddaniu), o wzajemnym rozporządzaniu swoim ciałem, o łączeniu się w związki małżeńskie, aby nie „płonąć”, o stawaniu się „jednym ciałem”, ale nie ma nic o „koniecznym” otwarciu się przy tej okazji na ewentualne potomstwo. Wygląda na to, że tę zasadę Kościół wyprowadził nie z nauczania św. Pawła, lecz z innych, pozabiblijnych źródeł. Autor Nierządnic przypomina, że na nauki wielkich ojców Kościoła na temat seksu wpłynęła nie tyle Biblia, ile przekonania św. Augustyna. Augustyn zaś – mówiąc najkrócej jak można – stając się chrześcijaninem, nie do końca uwolnił się od wrogich ciału wpływów pogańskich (manichejskich).

A co na to wszystko papież Benedykt XVI? Po przeanalizowaniu jego encykliki Deus Caritas est wydaje mi się, że antykoncepcja mogłaby być dopuszczalna, pod jednym wszakże warunkiem: pod warunkiem, że miłość między mężczyzną i kobietą nie będzie jednowymiarowa (tylko „erotyczna”); że eros zostanie dopełniony przez agape, amor przez caritas; że eros i agape tak się będą przenikać w miłości, jak ciało i dusza w człowieku. Czy wolno mi wyciągać takie wnioski?

„Mamy tu do czynienia – pisze papież – z dwoma ważnymi aspektami: eros jest niejako zakorzeniony w naturze człowieka; Adam poszukuje i ‘opuszcza ojca swego i matkę swoją’, by odnaleźć niewiastę; jedynie razem przedstawiają oni całokształt człowieczeństwa, stając się ‘jednym ciałem’. Nie mniej ważny jest drugi aspekt: ze względu na ukierunkowanie zawarte w akcie stwórczym, eros kieruje człowieka ku małżeństwu, związkowi charakteryzującemu się wyłącznością i definitywnością; tak i tylko tak urzeczywistnia się jego głębokie przeznaczenie. Obrazowi Boga monoteistycznego odpowiada małżeństwo monogamiczne. Małżeństwo oparte na miłości wyłącznej i definitywnej staje się obrazem relacji Boga z jego ludem, i odwrotnie: sposób, w jaki miłuje Bóg, staje się miarą ludzkiej miłości. Ten ścisły związek między erosem i małżeństwem występujący w Biblii prawie nie znajduje sobie podobnych w literaturze pozabiblijnej”.

Trudno nie zgodzić się z papieżem, który naucza, „że eros potrzebuje dyscypliny, oczyszczenia, aby dać człowiekowi nie chwilową przyjemność, ale pewien przedsmak szczytu istnienia, tej szczęśliwości, do której dąży całe nasze istnienie”. „Okazało się jednak równocześnie, że drogą do tego celu nie jest proste poddanie się opanowaniu przez instynkt. Konieczne jest oczyszczenie i dojrzewanie, które osiąga się także na drodze wyrzeczenia. Nie jest to odrzuceniem erosu, jego ‘otruciem’, lecz jego uzdrowieniem w perspektywie jego prawdziwej wielkości”.

Jeśli eros to miłość „pomiędzy mężczyzną i kobietą, która nie rodzi się z myśli i woli człowieka, ale w pewien sposób mu się narzuca”, to nic dziwnego, że właśnie ona jest spontanicznym początkiem relacji między mężczyzną i kobietą. To jest jednak tylko początek. Chodzi o osiągnięcie takiego punktu, w którym „miłość staje się troską człowieka i posługą dla drugiego. Nie szuka już samej siebie, zanurzenia w upojeniu szczęściem; poszukuje dobra osoby ukochanej: staje się wyrzeczeniem, jest gotowa do poświęceń, co więcej, poszukuje ich”.

Swego rodzaju „erotyczna”, czy też „namiętna” miłość cechuje również relację między Bogiem i człowiekiem. „Przede wszystkim prorocy, Ozeasz i Ezechiel opisali tę ‘namiętność’ Boga w stosunku do swego ludu posługując się śmiałymi obrazami erotycznymi. Stosunek Boga z Izraelem jest przedstawiony poprzez metafory narzeczeństwa i małżeństwa; konsekwentnie bałwochwalstwo jest cudzołóstwem i prostytucją”. „Eros Boga do człowieka jest zarazem – jak powiedzieliśmy – w pełni agape. Nie tylko dlatego, że zostaje dana zupełnie bezinteresownie, bez żadnej uprzedniej zasługi, ale także dlatego, że jest miłością przebaczającą”.

I tak też ma być w małżeństwie. Z jednej strony mężczyzna łączy się z kobietą, gdyż oboje pragną tego niejako „dla siebie” (por. cytowane fragmenty z 1Kor), z drugiej zaś strony nie wolno im na tym poprzestawać, lecz powinni „dorosnąć” do złożenia siebie w ofierze dla drugiej osoby (por. cytowany fragment z Ef). Kościół, jak się wydaje, stoi na stanowisku, że antykoncepcja z definicji zatruwa w miłości mężczyzny i kobiety wymiar agape (caritas), zatrzymując ją niejako na „niższym”, erotycznym poziomie. Nie wydaje mi się jednak, żeby w każdym przypadku było to żelazną regułą.

„Dorosły” Kościół – w świetle zasad analizy transakcyjnej – powinien postawić na dojrzałość człowieka, zachęcając go, by zweryfikował swoje postępowanie (antykoncepcyjne) w świetle zasady Deus Caritas est. Jeśli antykoncepcja ogranicza w rozwoju miłość pomiędzy małżonkami – sprzeciwia się tej zasadzie; jeśli sprzyja jej rozwojowi – jest z nią zgodna. Analiza transakcyjna sugerowałaby większą wierność Biblii (która jest najważniejszym punktem odniesienia dla Kościoła w każdym czasie), a tym samym większą niezależność od głosu tradycji („Rodzica”). Trudno się jednak spodziewać, by tak postąpił Kościół, który jest uległy swej „Matce” – tradycji. Tradycja zaś wypowiada się na ten temat... tradycyjnie.

Aby pełniej scharakteryzować stanowisko Kościoła na temat antykoncepcji, pozwolę sobie przytoczyć słowa angielskiego filozofa, Paula Williamsa, konwertyty z anglikanizmu na buddyzm, a potem z buddyzmu na katolicyzm [1]. Założyć można, że jako intelektualista i jednocześnie konwertyta, bardziej niż katolik „od urodzenia” wie, w co i dlaczego wierzy. W jaki sposób ten człowiek broni stanowiska Kościoła na temat antykoncepcji?

Przede wszystkim przypomina, że wywodzi się ono „z klasycznych i średniowiecznych modeli intelektualnych. Znajdziemy tu powszechne uznanie, że świat – wszystko, co, jako stworzone, istnieje – jest teleologiczny. Co znaczy, że nie jest tylko sumą obojętnych danych. Sama egzystencja świata i wszystkiego, co się w nim zawiera, kieruje się ku celowi, którego osiągnięcie jest jego dobrem. Albo, innymi słowy, świat posiada powód istnienia. Świat jest stworzeniem dobrego Boga, i w związku z tym, wszystko co jest, kieruje się ku celowi, który jest celem Boga, i jako taki z definicji jest dobry. Zatem to, w jaki sposób rzeczy istnieją i jak istnieć powinny jest nieodłącznie ze sobą powiązane. Moralność jest oczywiście wymiarem tego, co ‘powinno’ być” (s. 226-227). (...)

„To wszystko oznacza, że w pytaniu o moralność czegokolwiek tkwi także pytani o to, jaki jest tego czegoś cel w świetle ostatecznego celu Boskiego. Jak to się odnosi do etyki seksualności? Na ile Kościół się tym kiedykolwiek zajmował, wydaje się jasne, że celem aktywności seksualnej ma być po pierwsze i przede wszystkim reprodukcja gatunku, ale także wzrastanie w miłości i wzajemnego wsparcia obojga partnerów” (s. 227-228). (...)

„To oczywiste, że w tych ramach zwyczajnie nie ma miejsca na seks pozamałżeński, homoseksualizm czy jakąkolwiek aktywność seksualną kierującą się celami innymi niż cel zasadniczy. Fakt, że seks jest także przyjemny i zbliżający ludzi nie oznacza wcale, że angażowanie się w niego wyłącznie dla przyjemności byłoby właściwe. Po raz kolejny przekonujemy się, że chrześcijaństwo nie daje pierwszeństwa odczuciom, doświadczeniom jako takim. Małżeństwo to sakrament z celem Boskim. Zatem antykoncepcja jest złem, bo opiera się na założeniach niezgodnych z tymi, jakie wysuwa teologia [teleologia? – J.K.] stworzenia. Seks posiada cel, a moralność seksualności jawi się w tych ramach” (s. 228).

No właśnie, jaki jest cel współżycia seksualnego? Moja argumentacja może być w tym momencie uznana za przewrotną, pragnę jednak podkreślić, że daleki jestem od takich zamiarów. Po prostu zadałem sobie – niezależnie od tego, co „powinienem” myśleć – pytanie o rzeczywisty cel współżycia seksualnego. Potomstwo, czy może jakaś inna wartość? Wydaje mi się, że w całym stworzonym, świadomym (ludzie) i nieświadomym (zwierzęta) świecie jest to... przyjemność! Oto zasadniczy cel współżycia seksualnego. Taki wniosek wyciągnąłem z obserwacji przyrody, jak i słów św. Pawła. Gdyby podstawowym celem współżycia płciowego było potomstwo, to uwiązany na łańcuchu pies, a przez to również seksualnie „wygłodniały”, nie usiłowałby odbyć aktu seksualnego z kurą – byłem świadkiem takiej sceny – gdyż instynktownie „wiedziałby”, że nic z tego nie będzie. Czy ten pies usiłował zaspokoić swoje pragnienie... potomstwa? Nikt nie ma wątpliwości, że potomstwo jest skutkiem (owocem) współżycia, ale to jeszcze nie znaczy, że jest ono jego celem. Słowa św. Pawła sugerują, że w kwestii współżycia ma on na myśli przede wszystkim zaspokojenie potrzeb seksualnych małżonków, a nie rodzicielskich. Wydaje się, że Apostoł widzi jedynie problem w zaspokajaniu tychże potrzeb poza małżeństwem, a nie w antykoncepcji. Nie wypowiada się – jak już wspomniałem – na jej temat, ale z tego, co mówi, widać, że zachowanie antykoncepcyjne nie przeszkadzałoby mu, gdyby miało pomóc w zachowaniu małżeńskiej jedności. Można też z drugiej strony zapytać, dlaczego ten człowiek, który wypowiedział się na wiele tematów, nie zajął stanowiska w tej kwestii. Może dlatego, że nie widział tu żadnego problemu...

„Zbliżył się do niej, a ona poczęła”. W Biblii – zwłaszcza w Starym Testamencie – ten zwrot powtarza się jak refren. Nie wiemy jednak, ile razy mężczyzna, o którym w danym momencie mówi tekst biblijny, zbliżył się do swojej żony, ani też, czy zbliżył się wyłącznie po to, żeby poczęła. Te słowa podkreślają jedynie fakt, że poczęcie jest wynikiem zbliżenia. Nie ma tu też mowy o przyjemności, bez której raczej nie byłoby zbliżenia, ponieważ to ona jest głównym motorem seksualnych zachowań. Jest natomiast mowa o owocu zbliżenia, bo jest on niepodważalnym dowodem, że zbliżenie miało miejsce. I to wszystko.

Po co sięgam po kromkę chleba? Czy tylko po to, żeby przetrwać, czy może po to, żeby zaspokoić głód? Jedno drugiego nie wyklucza, ale o czym bardziej myślę – o przedłużeniu życia czy o zaspokojeniu głodu? W pierwszej chwili na pewno nie myślę o przeżyciu – myślę (o ile myślę, a nie jem od razu) o zaspokojeniu głodu. Po co podejmuję współżycie seksualne? Po to, żeby zapewnić przetrwanie ludzkiemu gatunkowi, czy po to, żeby zaspokoić seksualne pożądanie? Jedno drugiego nie wyklucza, ale w pierwszej chwili na pewno mam na uwadze cel bardziej osobisty („erotyczny”) niż społeczny („altruistyczny”). Głównym powodem podejmowania współżycia seksualnego jest napięcie wynikające z różnicy płci (św. Paweł), a nie pragnienie potomstwa (choć jest ono jego owocem).

„Co mam na to wszystko powiedzieć? – pyta Paul Williams. – Jako filozof mogę oczywiście próbować wymyślać jakieś przypadki, w których Kościół mógłby zaakceptować antykoncepcję jako mniejsze zło (...). Dokładnie takie zagadnienia rozważa się na zajęciach z filozofii moralnej. Kościół ma pełną świadomość istnienia takich sytuacji. Ale dla moich obecnych, praktycznych zamierzeń, wydaje mi się, że wszystko, co mogę powiedzieć, to tyle, że dopóki obowiązują zasady Kościoła w tych kwestiach, indywidualne przypadki, rodzące dylemat moralny, pozostają kwestią i wchodzą w zakres duszpasterskiej troski Kościoła. Księża są nauczeni współczucia i służenia pomocą. Nadal uważam, że musiałbym naprawdę zwariować, żeby zdecydować nie być katolikiem tylko ze względu na dylematy rodzące się na tej płaszczyźnie” (s. 229).

Cóż, muszę przyznać, że takie podejście bardzo mi się podoba. Dlatego i ja nadal jestem katolikiem, mimo pewnych dylematów we wspomnianej dziedzinie... Niech jednak po raz ostatni przemówi pan profesor:

„Czy chciałbym żeby traktowanie przez katolicyzm antykoncepcji się zmieniło, stało się bardziej liberalne? Z pewnością uczyniłoby to życie o wiele prostszym. Jednak nie ma powodu, by życie miało być prostsze. Czy mam nadzieję, że to się zmieni? Tylko wtedy, jeśli Bóg tego chce. Skąd wiemy, czego Bóg chce? Kościół nam mówi. Czy Bóg zmienia czasem zdanie? Nie. Czy Kościół czasem zaczyna dokładniej rozróżniać intencje Boga? Tak. Czy możliwe jest, żeby Kościół kiedyś w przyszłości rozpoznał intencje Boga w tych kwestiach w taki sposób, który umożliwi antykoncepcję w szczególnych okolicznościach (dajmy na to, w stabilnym związku małżeńskim, i przy użyciu metod ‘naturalnych’)? Możliwe. Jeśli tak, kiedy to może się stać? Bóg jeden wie!” (s. 232).

Tak, tak... Jestem „za”, a nawet „przeciw”. Jestem „za”, bo kto powiedział, że życie ma być o wiele prostsze? Można też dodać: nikt ci, nie obiecywał, że będzie łatwo (żyć „po katolicku” w nieprzychylnym świecie). Jezus ponadto mówił o dźwiganiu krzyża, więc ułatwianie sobie życia poprzez lekceważenie konkretnych zasad etycznych (które ostatecznie pochodzą od Niego) jest czymś nie na miejscu. Mam jednak poważne wątpliwości (delikatnie mówiąc), czy ten krzyż został na nas nałożony przez Jezusa! On sam w wypowiedziach na ten temat był niezmiernie powściągliwy. Zaś św. Paweł, do którego się już kilkakrotnie odwoływałem, był nad wyraz wyrozumiały. W Starym Testamencie nie brak wzmianek na temat życia seksualnego, nie wygląda jednak na to, żeby tego rodzaju relacje były zawsze nawiązywane w celu wzbudzenia potomstwa. I nie wydaje się też, żeby Bóg był na to oburzony. Wyjątkiem mógłby być przypadek Onana. Ale to nie taka prosta sprawa. Tam w rzeczywistości nie o antykoncepcję poszło, lecz o tzw. prawo lewiratu.

Powtórzę jeszcze kilka zdań cytowanego filozofa, które mnie wcale nie uspokajają: „Czy Bóg zmienia czasem zdanie? Nie. Czy Kościół czasem zaczyna dokładniej rozróżniać intencje Boga? Tak. Czy możliwe jest, żeby Kościół kiedyś w przyszłości rozpoznał intencje Boga w tych kwestiach w taki sposób, który umożliwi antykoncepcję w szczególnych okolicznościach (...)? Możliwe. Jeśli tak, kiedy to może się stać? Bóg jeden wie!”. W związku z tym mam dwa pytania. Po pierwsze, czy nierozpoznanie woli Boga jest grzechem i kto weźmie odpowiedzialność za poczucie winy tych, którzy obecnie stosują antykoncepcję (jeśli kiedyś zostanie zaakceptowana), albo nawet za większe dramaty, które się przy tej okazji zdarzają? A po drugie, czy ten, kto w chwili obecnej uprzedza ewentualne pozytywne podejście Kościoła do antykoncepcji, jest roztropny, czy nieposłuszny?

Kiedyś Kościół nauczał „nieomylnie”, że celem współżycia seksualnego jest posiadanie potomstwa (a przyjemność przy okazji). Potem Kościół dojrzał do przekonania, że głównym celem małżeńskiego współżycia jest jedność dwojga osób (a potomstwa nie należy aktywnie unikać).Skąd pewność, że Kościół nie wkroczy w trzeci etap rozwoju swej świadomości na temat małżeństwa i nie uzna, że celem współżycia jest doświadczenie jedności małżonków nawet przy aktywnym zanegowaniu (w imię ważnych przyczyn) płodności?

Bo może być tak, albo tak. Z książki Tomasza dowiedziałem się bowiem, że jeszcze w czasie trwania Soboru Watykańskiego II Jan XXIII powołał wieloosobową grupę ekspertów, zrzeszających zarówno kapłanów, jak i świeckich (żonatych i bezżennych), która miała przygotować właściwy grunt pod opracowanie odpowiedniego dokumentu dotyczącego m.in. kwalifikacji moralnej antykoncepcji. Po latach intensywnej pracy sporządzono i przekazano dokument roboczy, wprawdzie już nie Janowi XXIII, ale kontynuatorowi jego soborowego dzieła, papieżowi Pawłowi VI. Wniosek owej komisji brzmiał: praktykowanie antykoncepcji przy użyciu nieszkodliwych środków (chodziło o środki hormonalne) jest moralnie dozwolone.

„Paweł VI – puentuje autor Nierządnic – był jednak innego zdania. Powołał swoich ekspertów, swoją komisję. Komisja ta składała się z szesnastu osób: kardynałów i biskupów Kościoła katolickiego. Trudno o lepszych ekspertów w tej dziedzinie... Nietrudno natomiast przewidzieć, jakie były wyniki pracy owej komisji. Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spes (art. 50) stwierdzająca, że to rodzice sami muszą, w obliczu Boga, rozsądzić, czy chcą mieć potomstwo czy nie (...) przestała mieć nagle większe znaczenie i została uzupełniona o kilka zdań, które znacznie zmieniły jej pierwotny sens. Rodzice nadal mają rozważać w obliczu Boga, czy chcą mieć potomstwo czy nie, ale ponieważ bardzo łatwo mogą pobłądzić, powinni lepiej wsłuchiwać się w naukę Kościoła. A co ten na ten temat myśli, nie muszę już dodawać”.

Wydaje się, że nie może coś być wolą Bożą i jednocześnie nią nie być. Jeżeli wizja Jana XXIII była zgodna z wolą Bożą, to nie mogła taką być wizja Pawła VI (i Jana Pawła II). Który z papieży nauczał w imieniu Boga? Obaj czynili to po roku 1870, a więc byli jednakowo nieomylni. Jak widać w makro-Kościele dzieje się to samo, co w mikro-Kościele, którym jest seminarium (o czym już była mowa). W seminarium rozstrzyga się, czy wolą Bożą jest, aby konkretny kleryk został kapłanem. Wychowawcy w jednym seminarium stwierdzają, że nie, zaś w drugim mówią, że tak. Którzy z nich mają rację? Odpowiedź jest prosta: ci, którzy nieomylnie odczytują wolę Boga.

W tym miejscu chciałbym się odwołać do tekstu napisanego przez ks. Sławka Szkredkę, który przywołuje osobę Karola Wojtyły przypominając, że on „dla zakazu antykoncepcji wypracował antropologicznie niezwykle głębokie (i stąd intelektualnie wymagające) uzasadnienie... (...)”. Sławek podkreśla również, że zwykle najbardziej owocna krytyka Kościoła dokonuje się w duchu cierpliwej miłości. „Mam wrażenie – puentuje – że przedstawionym w książce Tomasza Jaeschke poglądom na gorące dziś tematy teologiczne, zwłaszcza te koncentrujące się wokół zagadnień etyki seksualnej, brakuje cierpliwości. Jest w nich miłość do Kościoła, ale nie na tyle cierpliwa i dojrzała, by dać się w pełni pouczyć temu, co zgłębiła mądrość Kościoła na przestrzeni ponad dwóch tysięcy lat”.

Cierpliwość. Miłość. Niecierpliwość. Cierpliwa miłość do Kościoła i niecierpliwa miłość do Kościoła. Po jednej stronie stoją przeważnie duchowni, po drugiej przeważnie świeccy. Może dlatego, że dla jednych i drugich czas biegnie inaczej? Może dlatego, że nie wszystkich dotyczą te same problemy? Jest oczywiste, że ksiądz może dłużej poczekać (lub się nawet niedoczekać) na jednoznaczne rozstrzygnięcia w kwestii etyki seksualnej, bo ostatecznie... zakaz stosowania antykoncepcji nie dotyka go bezpośrednio. Natomiast niecierpliwość – w tej samej kwestii – świeckiego katolika jest chyba również zrozumiała. Warto pamiętać, że niecierpliwość niejako z natury przynależy do sfery seksualnej. Podobnie rzecz wygląda ze święceniami kapłańskimi dla kobiet. Duchowni mogą się z rozstrzygnięciami na ten temat nie spieszyć, bo już święcenia otrzymali. Inaczej jest z kobietami, które czują się powołane, zwłaszcza gdy mają mało czasu na czekanie.

Innym trudnym zagadnieniem dotyczącym ludzi świeckich jest kwestia powtórnych związków małżeńskich. „Czy Chrystusowi naprawdę zależy na zachowaniu – i to za każdą cenę – wierności złożonych przyrzeczeń?”. Takie pytanie zadaje sobie nie tylko Tomasz. On pyta w imieniu innych. „Czy szansa powtórnego ślubowania przed ołtarzem musi być zawsze przeciwna woli dobrego Boga? Lub jeszcze inaczej: czy w kolorowym domu Jezusa nie przewiduje się mieszkań dla rozwodników, a jeżeli już, to tylko jednoosobowe?”.

Co powiedzieć rozwiedzionej kobiecie, dla której odejście od męża oznaczało rozpoczęcie nowego, choć trudnego życia? Dzięki temu dzieci przestały się bać, zaczęły spokojnie sypiać i regularnie odrabiać lekcje. Jedynym problemem jest „tylko” to, że owa kobieta już raz wyszła za mąż i każdy inny mężczyzna w domu, to „dzieło szatana”. Nie wszystkie przypadki są oczywiście jednakowo proste. Często wina leży po obu stronach, ale zdarzają się przecież takie sytuacje, że winna jest wyłącznie jedna strona. Co wtedy ma robić osoba pokrzywdzona? Czy nie ma prawa do powtórnego związku? Czy musi dochowywać wierności swemu niewiernemu współmałżonkowi? Co takiemu człowiekowi powiedziałby Jezus?

Myślę, iż zacząłby od przypomnienia, że Deus Caritas est. A potem przypomniałby zapewne to, co powiedział już dawno temu, a mianowicie, że nie człowiek został ustanowiony dla szabatu, lecz szabat dla człowieka. Przypomniałby, że zależy Mu na szczęściu obojga małżonków, ale właśnie dlatego domaga się czasem wyjścia poza ciasne ramy prawa. Nie człowiek dla szabatu, lecz szabat dla człowieka. I z tego powodu Jezus niejednokrotnie łamał prawo ze względu na dobro człowieka. „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela”. Jeżeli jednak ktoś zdecydował się na ten krok, to wydaje się, że tym samym zwolnił z tej przysięgi swego współmałżonka.

Człowiek nie jest dla prawa, lecz prawo dla człowieka. Jeśli to słuszna zasada, to powinna obowiązywać na wszystkich poziomach chrześcijańskiego życia – i nie ma tu rzeczy mniejszych czy większych, mniej czy bardziej ważnych. Zasada ta odnosi się do wszystkiego, a więc i do małżeństwa. Co więcej, zasada ta odnosi się do każdego prawa ustanowionego przez Boga. Prawo jest dla człowieka, a nie odwrotnie, bo Bóg jest Miłością. W świetle tej zasady (prawnej) należy patrzeć na różne życiowe okoliczności. Dlaczego poszkodowanego małżonka miałaby wiązać umowa, którą zawarł kiedyś z winowajcą? W każdym innym przypadku – poza małżeństwem – jest to dla kościelnych prawodawców oczywiste. Jeśli dwa państwa podpiszą pakt o nieagresji i jedno z nich ten pakt zlekceważy, to czy drugie powinno się bronić, czy też mężnie znosić prześladowania w imię wierności owemu paktowi? Dlaczego sądy kościelne zajmują się jedynie stwierdzaniem (ewentualnej) nieważności małżeństwa? Mogłyby przecież zająć się również orzekaniem o (czyjejś) winie lub niewinności. Osoba niewinna mogłaby wtedy ponownie skorzystać ze swojego prawa do szczęścia w udanym związku małżeńskim.

Od Kościoła oczekuję tylko jednego. Skoro pochodzi on od Chrystusa, czyli od Logosu, to powinien być LOGICZNY – bardziej logiczny, niż jakakolwiek inna instytucja. Można by dodać – na wszelki wypadek – że winna to być LOGIKA MIŁOSIERDZIA. Jeśli można mówić o „wyobraźni miłosierdzia” (Jan Paweł II), to tym bardziej o „logice miłosierdzia”. Wszak umysł zawsze był w Kościele bardziej ceniony niż wyobraźnia czy emocje. Punktem wyjścia i dojścia logiki miłosierdzia jest przesłanie, że Bóg jest Miłością, Deus Caritas est. W książce Tomasza Jaeschke widzę tę logikę. W tym pryzmacie można przedstawić całą jego wizję Kościoła. Jeśli Tomasz ma Kościołowi coś do zarzucenia, to tylko to, że nie zawsze kieruje się tą logiką miłosierdzia; że czasem mu jej brak; że nie zawsze jest na tyle odważny, żeby ją zastosować; że często nie jest wystarczająco samodzielny („dorosły”) i odwołuje się do Pisma (litery) i tradycji, zamiast bezpośrednio do Ducha, któremu na imię Caritas.

Czas, żeby wreszcie od teorii – od tego, co Tomasz myśli – przejść do... historii – do tego co Tomasz robi. I to jest trzeci punkt moich rozważań. Pisałem już o problemach osób duchownych i świeckich. Warto przy tej okazji zatrzymać się na problemach osób duchownych, które na nowo stają się świeckimi. A problemów im nie brakuje. Głównym jest adaptacja do nowych warunków życia, trudności w znalezieniu pracy, dezaprobata środowiska.

Historia ta nie jest zbyt odległa – sięga października ubiegłego (2005) roku. Z racji podobnej przeszłości i aktualnej wspólnoty przekonań wybraliśmy się pewnego dnia do Krakowa. Tomaszowi zależało bowiem, żeby w jakiś sposób ożywić (a może zorganizować?) środowisko byłych księży. Chodziło nam głównie o duchowy wymiar życia tych ludzi. Gdy zaś w grę wchodzi duchowość, wtedy przydałby się od czasu do czasu jakiś dzień skupienia. Chodziło nam więc o to, żeby się nie tylko spotkać i poznać, ale także pomodlić.

I tak pojechaliśmy do Krakowa – żeby tam znaleźć jakieś miejsce i kogoś, kto chciałby nam w tym dniu skupienia towarzyszyć. Chcieliśmy, by był to kapłan, bo zależało nam na podkreśleniu w ten sposób naszego związku z Kościołem. Dzięki życzliwości osób, które o to poprosiliśmy, udało się nam (Tomaszowi) ostatecznie umówić z proboszczem parafii p.w. Świętego Krzyża w Krakowie.

Wiadomość ta szybko przedostała się do mediów, w związku z czym osobiście odebrałem dość sporo telefonów i maili od różnych dziennikarzy. Jeszcze przed spotkaniem ukazały się na ten temat artykuły w Gazecie Wyborczej i Rzeczpospolitej. Aby jak najbardziej zainteresować odbiorcę informacji wskazana jest polaryzacja wypowiedzi. Z tego powodu pytania zadawano nie tylko nam, ale także odpowiednim reprezentantom kościelnej hierarchii, o czym mogliśmy się przekonać czytając gazety.

Na kilka dni przed spotkaniem otrzymaliśmy wiadomość, że nie może się ono odbyć tam, gdzie było zaplanowane (a plan ten nie był wolny od pewnej symboliki: w tej bowiem parafii prowadzone jest duszpasterstwo osób żyjących w niesakramentalnych związkach małżeńskich). Powodem odmowy było – jak nam lakonicznie wyjaśniono – nagłośnienie tematu w mediach oraz fakt „odejścia” znanego w Krakowie kapłana (ale się zbiegło!), zaś z prasy dowiedzieliśmy się, iż ks. Robert Nęcek, rzecznik prasowy Archidiecezji Krakowskiej powiedział, że parafia jest miejscem kształtowania właściwych postaw, a nie siania zgorszenia. Jeśli na ten temat wypowiada się rzecznik archidiecezji, to można się tylko domyślać, skąd wypłynęła decyzja o odwołaniu spotkania. Ostatecznie zebraliśmy się w Domu Polonii.

Choć miało to być spotkanie bez udziału mediów, to jednak niektórym dziennikarzom udało się do nas dotrzeć. Dziennikarze ci pisali i mówili o nas albo bezstronnie (o ile coś takiego jest możliwe), albo z sympatią. Świadczą o tym choćby tytuły niektórych tekstów: Zjazd żonatych księży (Gazeta Wyborcza), Księża po ślubie, Kapłani w związkach małżeńskich, O jedno tabu mniej (Rzeczpospolita), Spotkanie odrzuconych (Gazeta Krakowska), Kościół zamknięty (Gazeta w Krakowie). Tyle do mnie dotarło.

Tylko jeden artykuł był na tym tle wyjątkowy. Ukazał się w Przekroju, a jego autorami byli: Jarosław Makowski i Milena Rachid Chehab. Tytuł Nasi bracia uzupełniono mocno wyeksponowanym podtytułem Judasze Kościoła. Tekst ten nie ograniczał się do przekazu informacji, lecz także prezentował poglądy zaangażowanej strony. Co bowiem znaczy określenie „Judasze” i kto tak o nas myśli? Kościół? My sami? Może Kościół czasem uważa nas za Judaszy? Może ktoś z byłych księży tak o sobie myśli. Z pewnością jednak nikt spośród tych, którzy w tym dniu przyjechali do Krakowa. Kto więc? Bez wątpienia autorzy tekstu. „Nasi bracia”. Czyi? Kościoła? Może. Autorów? Oto jest pytanie. Jedno z całą pewnością mogę powiedzieć: za braci się podawali. Powołali się (J. Makowski) na odpowiednią osobę, wzbudzając tym samym nasze zaufanie. A potem? Potem mogliśmy się tylko cieszyć owocami tego „braterstwa”.

Ks. Robert Nęcek, opowiadając w czasie pewnego spotkania o swojej pracy w roli rzecznika prasowego, wspomniał o naszym spotkaniu. Powiedział wtedy, że dziennikarka, która z nim rozmawiała, tak prowadziła tę rozmowę, tak starała się nią pokierować, żeby z jego ust wydobyć określenie „Judasze”. Ks. Nęcek najwyraźniej przejrzał te niecne zamiary i nie dał się sprowokować. Co więcej, zaprotestował – mimo tego wszystkiego, co o nas myśli – przeciw tak ostremu postawieniu sprawy. Wtedy dziennikarka przekonała go (a przynajmniej przekonywała), że lepiej poprzestać na tym, co zostało zamierzone (a więc na tytule z „Judaszami”).

Myślę, że z tego dziennikarskiego duetu przynajmniej Jarosław Makowski, potencjalny doktor teologii, interesujący się głęboką przecież teologią Balthasara, jak również licznymi wyzwaniami, stojącymi przed współczesnym Kościołem, powinien był wiedzieć, że nawet samego Judasza trudno z całą pewnością uznać ostatecznie za (przysłowiowego) Judasza, a cóż dopiero „zwykłych” grzeszników, takich jak my. Powinien był wiedzieć, że w „przestrzeni Balthasara” nie ma raczej miejsca na tak jednoznaczne sądy.

Judasz to bardzo jednoznaczny i mocny archetyp. Nie dziwię się, że niektórzy chętnie się do niego odwołują: wszystko jest proste i nie wymaga intelektualnego wysiłku. Wydaje mi się jednak, że do nas bardziej pasowałby archetyp syna marnotrawnego, który nie jest już tak wygodny – być może dlatego, że nie występuje sam, lecz w powiązaniu z innymi. Obok marnotrawnego syna pojawia się przecież miłosierny ojciec i starszy syn, którego – ze względu na opozycję do syna młodszego, a zarazem marnotrawnego – lubię nazywać poprawnym. Syn poprawny miał ewidentną niechęć do przepracowania zaistniałego problemu: odpowiednią interpretację sytuacji brata oraz jego własnej zasugerował mu ojciec. Wierzę, że myślenie Ojca na nasz temat wolne jest od kościelnych schematów. Zaś kwestia zgorszenia jest bardzo umowna. Chętnie pielęgnuje się przeświadczenie o zgorszeniu, żeby mieć argument przeciw synowi marnotrawnemu, żeby można było nie wpuszczać go do domu (bardzo to pasuje do okoliczności w parafii p.w. Świętego Krzyża).

Po tym spotkaniu otrzymałem list od jednego z byłych księży. Oto jego fragment:

„(...) Swoją drogą, ciekaw jestem jak wielu ludzi podobnych do nas żyje obok nas, a nie zdajemy sobie z tego sprawy... Życie zmusza nas do tego, by nie ujawniać się ze swoją przeszłością. Z początku też się tego po prostu bałem, teraz strach przed napiętnowaniem gdzieś wewnątrz pozostał. Po prosu człowiek nigdy nie jest pewien, jak zostanie przyjęty przez innych.

Paradoksalnie moje spostrzeżenia potwierdziły opinie np. na forum Gazety Wyborczej po artykule o waszym spotkaniu. Przecież niektórzy reagowali co najmniej tak, jakbyście zorganizowali paradę równości, połączoną z górniczą pikietą i demolowaniem połowy miasta! A szkoda. Może takie w narodzie pozostało przekonanie, że jeśli ktoś się gromadzi, to na pewno ma postawę roszczeniową i będzie burzył wypracowany przez wieki ład społeczny... Może i stąd wynikają dziwne opinie niektórych księży. Jeden słysząc o możliwości katechezy obruszył się wręcz, że to nam potrzebna jest katecheza i nawet rekolekcje... (Brawo i o to chodzi!) Ale póki co, lepiej się do nas nie przyznawać... Nas nie ma, a drzwi kościołów zatrzaskuje się nam przed nosem. To przykre”.

Zgadzam się: to przykre. Na koniec tych rozważań chciałem poszukać jakiegoś pozytywnego akcentu. Nie trwało to długo, bo szybko zrozumiałem, że to całkiem zbędne. Przecież zacząłem optymistycznie, a to znaczy, że – jak by nie było – taki, a nie inny jest mój punkt widzenia. Mój optymizm opieram na obietnicy Jezusa: „Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego” (Mt 21, 31). Powtórzę więc: jeśli celnicy i nierządnice wejdą przede mną do królestwa niebieskiego, to znaczy, że i dla mnie jest tam miejsce. Jakie więc poważniejsze znaczenie może mieć brak akceptacji ze strony braci, skoro wiem, że On darzy mnie życzliwością? „Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej?” (Rz 8, 35).

Jacek Konarski

Przypisy:
 
[1] Paul Williams, Nieoczekiwana droga. Nawrócenie z buddyzmu na katolicyzm, tłum. Małgorzata Ruchel, WAM, Kraków 2005.
 
Tomasz Jaeschke: "Nierządnice. O moim kapłaństwie i moim Kościele". Książa ukaże się w kwietniu br. w Wydawnictwie KOS. Niebawem w Magazynie Teologicznym SR ukaże się drugi komentarz do "Nierządnic" przygotowany przez ks. Sławomira Szkredkę.

0 komentarzy



http://www.magazyn.ekumenizm.pl/article.php?story=2006031813310023