Magazyn Teologiczny Semper Reformanda
* ECCLESIA * SEMPER * REFORMANDA * EST *

 Tematy Magazynu SR  
Biblia
Dokumenty
Teologia
Katolicyzm
Prawosławie
Protestantyzm
Historia Kościoła
Ekumenizm
Debaty o Kościele
Duchowość
Komentarze do Psalmów
Religia - judaizm
Religia - islam
Kościół a nowe idee
Religia i kultura
Kościół w świecie
Kościół zwiastowania

 Wspomóż Ekumenizm.pl  

 Menu Użytkownika  
Login:

Hasło:

Nie masz konta?
Zarejestruj się
(podajesz TYLKO login i adres e-mail)

 Wydarzenia  
Żadnych wydarzeń w najbliższym czasie


 Tajemnice radosne - albo pierwszy list do gnostyka Michała
 Autor:  Tomasz Terlikowski   
 Data:  19.08.2004 14:41
 Przeczytane:  5710 razy  
Ani ze mnie teolog, ani specjalny wielbiciel maryjności, przynajmniej w niektórych jej wydaniach. A jednak wyzwanie rzucone przez Michała Monikowskiego z ogromną przyjemnością podejmę, choćby dlatego, że jego pytanie dotyka niezwykle istotnych dla mnie pytań, z którymi zmagam się od wielu lat.

Szanowny Michale!

Zadajesz pytanie - dlaczego masz wierzyć w osobę, o której nic nie wiesz. Prosisz o uzasadnienie wiary chrześcijan, którzy od wielu wieków otaczają Maryję, Matkę Pana szczególnym kultem. Nie zamierzam przedstawiać tutaj historycznej odpowiedzi na to pytanie. Nie zamierzam zasłaniać się autorytetem Kościoła, tradycji czy Pisma Świętego. Chcę przedstawić swoją własną opowieść, o drodze do odkrywania Maryi w mojej własnej wierze. To, co teraz napiszę - nie jest teologią, nie spełnia wymogów ścisłości i konsekwencji naukowej, jest po prostu opowieścią, literaturą czy świadectwem, w zależności od tego, jak będziemy je odczytywać.

Zacznę od spojrzenia wstecz. Od I klasy liceum związany byłem z organizacją katolicką, której tradycja sięga XVII wieku z Sodalicją Mariańską. Po trzech latach złożyłem sodalicyjne przyrzeczenia. Niewiele to jednak miało wspólnego z maryjną pobożnością. Różańca nie odmawiałem, bo mnie irytował, pobożność maryjną odrzucałem jako płytką i niebiblijną. Podobnie było na studiach, choć tu ... moje spojrzenie na Matkę Pana zaczęło się zmieniać pod wpływem ikon. Ostatecznie jednak moje osobiste pogodzenie się z Matką Pana i różańcem nastąpiło dwa lata temu.

Ale do rzeczy. Proponuję Ci - Michale - wycieczkę po najbardziej maryjnej z maryjnych, i najbardziej katolickiej z katolickich, modlitw. Chodzi oczywiście o różaniec, a konkretniej jego tajemnice. To one wprowadzają w pobożność maryjną i stają się drogą, po której dochodzimy do Matki Pana.

Zacznijmy od tajemnic radosnych, tak nasyconych maryjnymi treściami.

Zwiastowanie

"W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: «Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą». Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: «Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus.  Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca». Na to Maryja rzekła do anioła: «Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?» Anioł Jej odpowiedział: «Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego». Na to rzekła Maryja: «Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!» Wtedy odszedł od Niej anioł".

Te słowa, choć dotyczą ściśle Matki Pana - wprowadzają nas w tajemnicę Boga. Prosta opowieść o dziewczynie, której Bóg proponuje ni mniej ni więcej, tylko by zdecydowała się zostać matką bękarta, narazić się na opinię małomiasteczkowej ludności, czy na porzucenie przez Józefa - wprowadza nas w tajemnicę Boskości, w tajemnicę Boga w jakiego wierzymy. I nie jest to nieobecny Bóg gnostyków, ani tym bardziej Bóg Arystotelesa. To Bóg, który wchodzi w życie człowieka tak ściśle, że wciela się w człowieka, zamieszkuje w łonie kobiety, staje się jednym z nas. To Bóg, który nie brzydzi się cielesnością, materią - ale wchodzi w nią i ją przemienia. To Bóg, który styka się z człowiekiem w sposób niewyobrażalny.

Ale to nie wszystko. Jak przypomina Kantyk Maryi "strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych". To Bóg odrzuconych, samotnych matek, narkomanów, alkoholików,  dewotek i starych panien. To Bóg nie tyle teologów (choć ich także), ile zwykłych ludzi, którzy w swoim życiu starają się (na ile potrafią, na ile pozwala im ich osobista historia) być wierni. To do nich - zupełnie zwyczajnych i normalnych zstępuje Bóg. To do nas, i z nami się on spotyka.

Zwiastowanie przypomina nam wreszcie prawdę najprostszą i najtrudniejszą, że Bóg stał się człowiekiem. A stało się to dzięki - zgodzie człowieka - Maryi. Bez niej, bez jej zgody - kto wie, czy doszłoby do wcielenia. Od tego prostego FIAT, niech się tak stanie, zależało zbawienie świata. Trudne to do zrozumienia i zaakceptowania, ale to może świadczyć o tym, że nie istnieje predestynacja, że ostatecznie jesteśmy wolni, a nasza wolność ogranicza Boską Wszechmoc i Wszechwiedzę. Dramatyczne to stwierdzenie, ale ... od jednostki, od mojego i Twojego wyboru także zależy przyszłość świata. Teoria chaosu - pewnie nie ma zastosowania w historii zbawienia, ale kto wie, czy od naszego zapalenie papierosa, od niewrzuconej do żebraczej miseczki monety (ileż ich było) nie zależy przyszłość ...

Nawiedzenie

W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała: «Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona.  A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana».

Po powołaniu, po spotkaniu z Panem w konkretnym, jednostkowym życiu następuje odpowiedź człowieka. Teologia prawosławna określa to synergią. Nasze TAK powiedziane Bogu - to dopiero początek drogi, później trzeba codziennie odpowiadać dalej. W prostych sprawach. Takich jak maryjne nawiedzenie starszej krewnej. Paradoksalnie - uświadomiłem to sobie szczególnie mocno, gdy na świat przyszła moja Marysia. Ona jest moim swoistym nawiedzeniem. Nawiedziła mnie i została mi darowana, jak Maryi darowana została Elżbieta. W tej służbie dziecku, w byciu z nim, zabawie, bujaniu na huśtawce, spacerach, wożeniu na rowerku itd., itp. realizuje się moje chrześcijaństwo. Nie w tym, co wypisuje, nie w tym, co wymyślam, nie w najgłębszych teologicznych przekonaniach, ale w tym, co czynię jednemu z moich najmniejszych braci (w tym przypadku sióstr). Bycie z Marysią i moją żoną, a jej mamą - to modlitwa, to spotkanie się z Bogiem, to antycypacja nieba.

Drobne rzeczy, stłumienie wrzasku, gdy Marysia mnie zbulwersuje, odłożenie niezwykle pilnego pisania na potem, gdy chce się ze mną bawić - to realizacja powołania. W cielesności, poprzez cielesność, w codzienności.

Ale ta tajemnica to także źródło teologii Matki Pana. To słowa, których znaczenie zgłębiali teolodzy od prawie dwóch tysiącleci. "Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona". Co znaczą te słowa? Czy chrześcijanin ma prawo powiedzieć, że to tylko grzecznościowa formułka? Ten fragment jest odpowiedzią na Twoje pytanie o to dlaczego Maryja ma dla chrześcijan znaczenie. Otóż dlatego, że została przez Pana obdarowana w sposób niezwykły. I za to chwalimy Pana - kontemplując Jej życie.

Narodzenie

W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz. Wybierali się więc wszyscy, aby się dać zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie.

Ta tajemnica rozpoczyna się już nieco wcześniej od słów: Matka Pana. Bo to jest jej istota. Oto na ziemię zstępuje Bóg, Bóg staje się człowiekiem, a człowiek - kobieta Miriam staje się Matką Boga, Stwórcy Wszechświata.

A wszystko to w niezwykłej prostocie. Żłóbek, wędrówka, brak miejsca w gospodzie - to życiowa normalność. Nie trąby anielskie (dodane do tej opowieści, jakby z zewnątrz), ale rodzinna normalność. Termin wyznaczony, wszystko kupione, ale nagle trzeba wyjechać. Ile takich historii się zdarza w naszym życiu. I nagle wchodzi w to Bóg. Pojawia się wśród nas.

Od niedawna jestem ojcem, więc wszystko kojarzy mi się tak samo. Stąd znów ten sam przykład: tak samo, zupełnie normalnie, codziennie i naturalistycznie wszedł w moje życie Bóg - w osobie małej córeczki. Ona jest dla mnie zadaniem i zobowiązaniem, jest alter Christi, obliczem przez które przemawia do mnie Bóg, i przez które ja mam służyć Bogu. Służyć - znowu się powtórzę przez zupełnie zwyczajne rzeczy: przez owinięcie w pieluszki i położenie w żłobie, przez nakarmienie, zabawę itd. Zadziwiająca religia. Trochę jak zen, w którym religią jest to, co teraz, umiejętność uchwycenia i radowania się chwilą obecną.

Ofiarowanie

Gdy potem upłynęły dni ich6 oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, przynieśli Je do Jerozolimy, aby Je przedstawić Panu. 23 Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu. 24 Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego.

A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek prawy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił:

«Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu
w pokoju, według Twojego słowa.
Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie,
któreś przygotował wobec wszystkich narodów:
światło na oświecenie pogan
i chwałę ludu Twego, Izraela».

A Jego ojciec11 i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: «Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu».

Nie będę rozważał całości tych słów. Nie ma to sensu, choć każde ze zdań otwiera przed nami nowe perspektywy. Choćby dla teologii Izraela. Zajmę się słowami odniesionymi bezpośrednio do Maryi: "A Twoją duszą miecz przebije". Orygenes tłumaczył to jako zwątpienie, jakie ogarnie Maryję pod koniec życia Chrystusa. Zapewne współcześni mariolodzy odrzucą takie tłumaczenie. Ale doskonale pasuje ono do naszego życia. Powołanie, realizowane lub nie, zwykle nie kończy się wielkim sukcesem. Przeciwnie kończy się rozczarowaniem, bólem, straconymi złudzeniami. Mojżesz nie wszedł do Kanaan. Maryja zobaczyła mękę swojego Syna.

Ten ból, to cierpienie, to zwątpienie, którego doświadczył sam Chrystus na krzyżu - jest normalne. Jest drogą naszej religii, jest naszą drogą. Nie dążymy przecież do triumfu, do zwycięstwa, ale do Krzyża, pod którym realizuje się nasze życie. I tę prostą prawdę przypomina nam Maryja.

O ostatniej tajemnicy nie odważę się pisać. Słowa: «Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie» zrozumieć może ten, kto je przeżył. Za krótko jestem ojcem, za mało wiem o życiu by o nich pisać.

* * *

Po co to wszystko napisałem? Po to, by - w pierwszej, choć nie ostatniej odsłonie, spróbować odpowiedzieć, dlaczego interesuję się w mojej modlitwie, rozważaniu, życiu Maryją, dlaczego odwołuję się do niej. Otóż jest ona niezwykłym modelem chrześcijanki. Można powiedzieć jest archetypem chrześcijańskiego życia: prostego, cichego, pokornego i zanurzonego w codzienności. Idąc przez własne życie - mam do czego się odwoływać. A ubóstwo świadectw sprawia, że liczą się modele, wzorce, a nie konkretne wybory. Maryjność staje się zatem nie tyle dogmatyką, teologią ile stylem życia, stylem pobożności. Nieustającą realizacją słów Matki Pana: "zróbcie wszystko, cokolwiek Wam powie".

A różaniec - czyli medytacja biblijnych obrazów, konkretnych opowieści - jest tym, co uobecniane w nas staje się wskazówką na naszej własnej drodze.

Pozdrawiam Tomasz P. Terlikowski

Ciąg dalszy nastąpi

Zobacz także:

Magazyn SR: Maria, nasza Siostra w wierze – ekumeniczna refleksja nad dogmatami maryjnymi




 Odnośniki  
  • Maria, nasza Siostra w wierze – ekumeniczna refleksja nad dogmatami mar...
  • Więcej autorstwa Tomasz Terlikowski
  • Więcej z sekcji Mariologia

  •  Opcje Artykułu  
  • Wyślij Znajomemu
  • Wersja Do Wydruku


  • Tajemnice radosne - albo pierwszy list do gnostyka Michała | 8 komentarzy | Załóż Konto
    Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.
    "Miecz pochwycony!"
    Autor: montsegur dnia 20.08.2004 15:22
    Juz zdazylem odpowiedziec Jackowi komentarzem pod artykulem Darka Bruncza i stwierdzilem tam, ze jeszcze zaden katolik nie odpowiedzial na moje wyzwanie. Nie zauwazylem bowiem tego artykulu. Bo spodziewalem sie odpowiedzi pod komentarzem, a tu zaszczycony zostalem przez Red. Terlikowskiego odpowiedzia w postaci ARTYKULU i to na dodatek w DWOCH (lub wiecej?) CZESCIACH. Odpowiadac nie bede teraz (bo jeszcze nie skonczyles). Musze jednak od razu stwierdziec, ze z PRZYJEMNOSCIA przeczytalem czesc I i ze z NIECIERPLIWOSCIA czekam na nastepna.!

    Cheers!!!
    [ Odpowiedz ]
    "Miecz pochwycony!"
    Autor: tomo dnia 20.08.2004 16:11
    Bedzie wiecej niz dwie czesci. Na razie sie dopiero rozgrzewam. Co
    bedzie potem zobaczymy.

    Pozdrawiam Tomek
    [ Odpowiedz ]
    tematy
    Autor: katarzyna dnia 22.08.2004 16:23
    a dlaczego własciwie zaden z tych artykułow nie podpada pod hasło "mariologia" z boku strony? ani wczesniejsze o dialogu?
    [ Odpowiedz ]
    tematy
    Autor: Dario dnia 23.08.2004 11:06
    poniewaz dopiero dzisiaj przerzucilem wszystko do nowej kategorii mariologia:-)
    -d-
    [ Odpowiedz ]
    Tajemnice radosne - albo pierwszy list do gnostyka Michała
    Autor: Jacek dnia 25.08.2004 07:55
    "Po co to wszystko napisałem? Po to, by - w pierwszej, choć nie ostatniej odsłonie, spróbować odpowiedzieć, dlaczego interesuję się w mojej modlitwie, rozważaniu, życiu Maryją, dlaczego odwołuję się do niej. Otóż jest ona niezwykłym modelem chrześcijanki. Można powiedzieć jest archetypem chrześcijańskiego życia: prostego, cichego, pokornego i zanurzonego w codzienności. Idąc przez własne życie - mam do czego się odwoływać. A ubóstwo świadectw sprawia, że liczą się modele, wzorce, a nie konkretne wybory. Maryjność staje się zatem nie tyle dogmatyką, teologią ile stylem życia, stylem pobożności. Nieustającą realizacją słów Matki Pana: "zróbcie wszystko, cokolwiek Wam powie".

    Chciałbym jedynie dopowiedzieć, że mariologia zarysowuje wiele różnych portretów Marii. Nie wszystkie z nich ukazują kobietę cichą i pokorną wobec ludzi. Szczególnie Magnificat jest świadectwem radykalnego i głośnego zaangażowania Marii na rzecz ubogich. Prof. Elisabeth Johnson tak pisze na ten temat:

    "Maryja w Magnificat śpiewa również o przyszłości, kiedy ostatecznie pełna pokoju sprawiedliwość zakorzeni się na ziemi pośród narodów. Jest to wielka modlitwa, rewolucyjna pieśń o zbawieniu. Jak napisał kiedyś pisarz i muzyk Bill Cleary: “Objawia ona, że Maryja była nie tylko pełna łaski, ale również pełna politycznych opcji”.
    Pieśń Miriam z Nazaretu zawiera implikacje polityczne, społecznie radykalne. Nie można się dziwić, że w Ewangelii Łukasza pierwsze słowa Jezusa, mającego właśnie taką Matkę, głoszą wolność więźniom i Dobrą Nowinę ubogim. Jabłko nie spada daleko od jabłoni!
    Maryja solidaryzowała się z planem nadchodzącego królestwa Bożego, które niesie ze sobą uzdrowienie, odkupienie i wyzwolenie. Nie można redukować jej wiary do sfery prywatnej pobożności."

    Inna teolożka, Catarina Halkes, pisze z kolei:

    „W zaufaniu i wierze w Mesjasza Maryja jest par excellence personifikacją Kościoła (...), ale tylko jeśli ten obraz widzimy w całej radykalności i jego najgłębszych konsekwencjach: w analizie władzy i przemianie do służby. Tak jak Bóg ogołocił się dla służby w Chrystusie i tak jak Chrystus ogołocił się dla wyzwolenia swojego ludu, tak Maryja będzie kontynuować Boże dzieło wyzwolenia w świecie”.

    Może nie od rzeczy byłoby tu również przywołanie słów papieża Pawła VI z jego adhortacji "Marialis Cultus":

    "34. W oddawaniu czci Najświętszej Dziewicy należy starannie zwrócić uwagę na osiągnięcia myśli, które są pewne i potwierdzone przez naukę o człowieku. Przyczyni się to bowiem do usunięcia jednej z przyczyn trudności napotykanych w oddawaniu czci Matce Pana, to znaczy różnicy pomiędzy niektórymi treściami tej czci a dzisiejszymi poglądami antropologicznymi i sytuacją psychologiczno-społeczną, gruntownie zmienioną, w jakiej żyją i działają ludzie naszych czasów. Dostrzega się bowiem, iż trudno jest włączyć obraz Dziewicy - jaki wyłania się z pewnego typu pobożnej literatury - w dzisiejsze warunki życia, a w szczególności w warunki życia kobiety: czy to we wspólnocie rodzinnej, w której prawa i postęp obyczajów słusznie przyznają jej równość z mężem i władzę w kierowaniu życiem rodzinnym; czy w dziedzinie politycznej, w której w wielu krajach zyskała możność włączania się w sprawy publiczne tak samo jak mężczyźni; czy w dziedzinie społecznej, gdzie rozwija ona swoją działalność na różnych stanowiskach, z każdym dniem coraz bardziej wychodząc poza wąską wspólnotę rodzinną; czy w dziedzinie nauki, gdzie daje się jej nowe możliwości badania naukowego i sukcesu intelektualnego.
    Następstwem tego u niektórych jest pewna niechęć do kultu oddawanego Dziewicy oraz trudność w wyborze Maryi Nazaretańskiej jako wzoru, ponieważ granice Jej życia - jak powiadają - wydają się ciaśniejsze w porównaniu z rozległymi terenami działalności dzisiejszego człowieka. W tym względzie, zachęcając teologów i tych, którzy stoją na czele wspólnot chrześcijańskich, oraz samych chrześcijan, by z należytą uwagą zajmowali się tymi zagadnieniami, wydaje się nam rzeczą pożyteczną wnieść również nasz wkład w ich rozwiązanie przez przedstawienie pewnych spostrzeżeń.
    35. Przede wszystkim Kościół zawsze zalecał wiernym do naśladowania Najświętszą Maryję Pannę z pewnością nie z powodu rodzaju życia, jakie prowadziła, a tym mniej warunków społeczno-kulturalnych, w jakich Jej życie się rozwinęło - obecnie niemal wszędzie przedawnionych - lecz dlatego, że w określonej sytuacji swego życia całkowicie i z poczuciem odpowiedzialności przylgnęła do woli Bożej (por. Łk 1,38); że przyjęła Jego słowo i wprowadziła je w czyn; że Jej działanie było ożywione miłością i wolą służenia; że okazała się pierwszą i najdoskonalszą Uczennicą Chrystusa; a to z pewnością ma powszechną i trwałą wartość wzoru.
    36. Chcemy następnie zauważyć, że wspomniane wyżej trudności ściśle łączą się z pewnymi cechami ludowego i literackiego obrazu Maryi, a nie z prawdziwie ewangelicznym Jej obrazem czy z danymi nauki, które zostały zdobyte i ustalone dzięki powolnemu i poważnemu dziełu wyjaśniania słowa objawionego. Zaiste nie powinno być niczym dziwnym, że pokolenia chrześcijan, żyjące w innych warunkach społeczno-kulturalnych - patrzą na postać i posłannictwo Maryi jako Nowej Niewiasty i doskonałej Chrześcijanki, która łączy i skupia w sobie najbardziej charakterystyczne sytuacje życia kobiecego, ponieważ jest Dziewicą i Oblubienicą, i Matką - uważały Matkę Jezusa za wzniosły typ sytuacji kobiecej i najznakomitszy wzór życia ewangelicznego i że te swoje uczucia wyraziły stosownie do kategorii i wyobrażeń swej epoki. Sam Kościół, kiedy przygląda się uważnie długiej historii pobożności maryjnej, cieszy się ciągłością kultu, nie wiąże się jednocześnie ze sposobami myślenia czy wyrażania się właściwymi różnym epokom ani z zapatrywaniami antropologicznymi, jakie leżały u ich podstaw. Kościół rozumie, dlaczego pewne formy kultu, które same w sobie mają niemałą wartość, mniej odpowiadają ludziom należącym do odmiennych epok i cywilizacji.
    37. Wreszcie pragniemy zauważyć, że ludzie naszej epoki - podobnie, jak i epok minionych - winni także swoje poznanie rzeczywistości konfrontować ze słowem Bożym, a w szczególności - jeśli chodzi o nasz przedmiot - swoje antropologiczne zapatrywania oraz wyłaniające się z nich zagadnienia porównać z taką postacią Najświętszej Maryi Panny, jaką przedstawia Ewangelia. Lektura Pisma św. dokonująca się pod tchnieniem łaski Ducha Świętego - oczywiście bez pomijania zdobyczy nauk ludzkich czy różnych uwarunkowań dzisiejszego świata - pomaga odkryć, jak Maryja może być uważana za wzór tego, czego oczekują ludzie naszych czasów. Pragniemy w tym względzie przytoczyć pewne przykłady. Kobieta dzisiejsza, która słusznie chce mieć udział w decyzjach społeczeństwa, z największą radością ducha będzie przypatrywać się Maryi. Ona bowiem, dopuszczona jakby do dialogu z Bogiem, stosownie do świadomości swego szczególnego zadania [102], czynnie i w sposób wolny zgadza się nie na jakąś przypadkową sprawę, lecz na "wydarzenie wieków", jak wspaniale zostało określone Wcielenie Słowa [103]. Następnie będzie rozważać, że Maryja, wybrawszy dla siebie stan dziewictwa, przez który z postanowienia Bożego przygotowała się do uczestnictwa w tajemnicy Wcielenia, bynajmniej nie wzgardziła dobrami i godnością małżeństwa, że w rzeczywistości postąpiła w sposób wolny i odważny, by całkowicie poświęcić się miłości Boga. Z radosnym podziwem pozna, że Maryja z Nazaretu - bez wątpienia całkowicie posłuszna woli Bożej - nie była ani kobietą biernie dźwigającą sprawy i koleje życia, ani kobietą ulegającą jakiejś wyobcowującej religijności. Była raczej tą, która odważnie obwieściła, że Bóg jest obrońcą ludzi słabych i uciskanych i że składa z tronu mocarzy świata (Łk 1,51-53). Nadto pozna, że Maryja, która "zajmuje pierwsze miejsce wśród pokornych i ubogich Pana"[104], może być uważana za te dzielną niewiastę, która doświadczyła ubóstwa i cierpień, pośpiesznej ucieczki i wygnania (por. Mt 2,13-23). Te koleje losu nie uchodzą zapewne uwagi tych, który wiedzeni duchem Ewangelii popierają wysiłki każdego człowieka i całej społeczności na rzecz uwolnienia się od tego rodzaju sytuacji życiowej. Wreszcie, Maryja nie ukaże się im jako Matka troszcząca się tylko o swojego jedynego, boskiego Syna, lecz jako niewiasta, za sprawą której zrodziła się wiara społeczności apostolskiej w Chrystusa (por. J 2,1-12) i której macierzyńskie posłannictwo, stawszy się powszechnym na Górze Kalwarii, rozciągnęło się na wszystkich ludzi [105].
    Przytoczyliśmy przykłady, z których jasno widać, że Najświętsza Dziewica bynajmniej nie zawodzi wielu i to poważnych, oczekiwań dzisiejszych ludzi. Co więcej, daje im wzór doskonałego ucznia Chrystusowego, który jest twórcą państwa ziemskiego i przemijającego, a zarazem zdąża do niebieskiego i wiecznego; ucznia, który jest rzecznikiem sprawiedliwości wyzwalającej uciśnionych i miłości przychodzącej z pomocą potrzebującym, a zwłaszcza jest czynnym światkiem miłości budującej Chrystusa w duszach ludzkich."
    [ Odpowiedz ]
    Tajemnice radosne - albo pierwszy list do gnostyka Michała
    Autor: montsegur dnia 25.08.2004 09:50
    Czyli, ze poza cytowaniem zalozen bazowanych na zalozeniach bazowanych na zalozeniach bazowanych na zalozeniach itd itp etc teologow niczego nie da sie powiedziec? Krol jest widocznie nagi.

    Cheers!!!
    [ Odpowiedz ]
    cenzura:)
    Autor: Dario dnia 25.08.2004 09:51
    Jacku, Twoj komentarz starczylby na tekst. Nie wklejaj na przyszlosc obszernych cytatow jako komentarz, bo bede musial wyciac:-)
    -d-
    [ Odpowiedz ]
    Tajemnice radosne - albo pierwszy list do gnostyka Michała
    Autor: o. Michał Ap dnia 15.09.2004 17:15
    Kochająca Matka (?) Tradycja (i tylko tradycja, w przeciwieństwie do Pisma Świętego) nagromadziła dziesiątki chwalebnych tytułów na cześć Maryi. Jest już niemalże bogiem a Współłodkupicielką - jak wszystkei znaki na niebie i ziemi wskazują - niebawem zostanie. Ich wspólnym mianownikiem jest przeświadczenie o jej boskiej wręcz czystości, bezgrzeszności i permanentnej „współpracy z dziełem Zbawiciela". Nie będąc skażoną żadnym zwątpieniem i niezachwianie służąc tajemnicy Odkupienia, „szła więc naprzód w pielgrzymce wiary, utrzymując wiernie swoje zjednoczenie z Synem aż do krzyża..." (Lumen gentium, 56, 58, 61, 63). Tak głosi rzymskokatolicka tradycja, która w istocie dokonała głębokiej mitologizacji wizerunku Maryi i jej relacji z Jezusem zwanym Chrystusem. Tymczasem ewangelie burzą ten uświęcony od wieków porządek. Owszem, w latach poprzedzających publiczne wystąpienie Jezusa, Maryja chyba w miarę tylko przeciętnie wywiązywała się z powierzonej jej roli rodzicielki, piastunki i gospodyni, zdarzył się bowiem pewien incydent wskazujący na naganny brak opieki Wielkiej Matki nad Wielkim małoletnim bożkiem, kiedy to Jezus oddalił się od rodziny (czy może rodzina od Niego) podczas religijnego „pikniku” – jaki opisuje Łukasz. Nieźle chyba zabalowali skoro znaleźli Go (dzieciątko Jezus) dopiero po trzech dniach. Nie wystawia to z pewnością zbyt pozytywnego obrazu całej rodzinie w ogóle, a „wielkiej” matce w szczególności. Gdzież ta troskliwa rzymsko-katolicka opiekunka (ta pieta) i to matczyne czuwanie? Spójrzmy na ten incydent również ze strony kochającego boga-synusia. Jakież to wychowanie w domu rodzinnym odebrał przez te 12 lat, skoro podstarzałego ojczyma i ukochaną oraz zatroskaną mamusię opuszcza bez wiedzy czy uprzedzenia? Czyż tak postępuje dobrze wychowany i kochający syn? Czyż tak trudno było powiedzieć „kochana mamusiu, ukochani rodzice, umiłowani bracia i siostry, idźcie spokojnie do domu, nie martwcie się o mnie, bo ja muszę pozostać, bo czyż nie wiecie, że mam z Ojcem do pogadania”? Wiedział przecież, (i mamusia chyba też) że jako syn Boży jest bezpieczny, bo to „nieszczęście” co miało nastąpić, zdarzy się zgodnie w proroctwami dopiero jak będzie miał 33 lata. Później dojdzie do jeszcze jednego opisanego incydentu – kiedy zignoruje mamusię i resztę rodziny, a ileż było w takim razie ewangelicznie nie odnotowanych przejawów niesubordynacji Wielkiego Syna wobec Wielkiej Matki? Wszystko, co najważniejsze w życiu jej Syna, rozegrało się jednak na przestrzeni 3,5 roku, tj. pomiędzy chrztem (jesień 27 r.) a śmiercią krzyżową (wiosna 31 r.). Niestety, Jego działalność w tym czasie spotkała się ze szczególnie ostrą reakcją zarówno w rodzinnej miejscowości (Nazarecie), jak i we własnym domu. Maryja doznała bodaj pełnego zaćmienia wiary, które o mały włos nie pogrążyło świata w wiecznym chaosie. Oto bowiem, kierując się czysto ludzkimi pobudkami, uczestniczyła w rodzinnej próbie powstrzymania Jezusa, zainicjowanej i pilotowanej zapewne przez Jego niewierzące czy inaczej wierzące rodzeństwo. Rozbieżności pomiędzy biblijnymi informacjami o Maryi a jej - pochodzącą z tradycji - fanatyczną adoracją Syna, są niewspółmiernie przesadzone. Nowy Testament wspomina o matce Jezusa bardzo rzadko, a jeśli już, to bez większej czci, za to często bezimiennie, traktując tę postać wybitnie podrzędnie. Wynika to przede wszystkim z historyczno-teologicznej refleksji nad niegodną matki Zbawiciela postawą Maryi w opisywanym przez ewangelistów 3,5-letnim okresie publicznej działalności Jezusa, do którego to czasu w zasadzie zawężają się ich „pamiętniki". W ewangelii Marka czytamy: „Kiedy przyszedł (Jezus) do domu, tłum tak się cisnął, że nawet nie mogli się posilić. A gdy dowiedzieli się o tym Jego bliscy, poszli, żeby Go upomnieć. Mówili bowiem między sobą: »Postradał zmysły«". Gdyby jednak dosłownie przetłumaczyć ten fragment, powinien on brzmieć: „Kiedy przyszedł (Jezus) do domu, zszedł się znowu tłum, tak że nie mogli oni (uczniowie) spożyć nawet chleba. A gdy usłyszeli o tym ci od Niego, wyszli, aby go pochwycić. Mówili bowiem: »Postradał zmysły«". Na pozór różnica jest niewielka, a jednak... Literalne tłumaczenie greckiego zwrotu choi par autou (dosł. „ci od Niego") lepiej oddaje jego głębię, aniżeli zwyczajowy i mało konkretny ekwiwalent „bliscy" czy „krewni". W swoim naturalnym brzmieniu wskazuje on na najwyższy stopień bliskości pomiędzy Jezusem a anonimowymi osobami, które pojawiły się nagle w narracji biblijnej. Wykluczyć należy, że byli to Jego uczniowie lub zwolennicy (choćby dlatego, że byli akurat z Jezusem), jak też członkowie hipotetycznej wspólnoty (np. esseńscy kamraci), którzy przyszli po swoją czarną owcę (badania nie potwierdzają przynależności Jezusa do tego typu ekumeny). Wykluczyć też należy jakichś bliżej nieokreślonych krewnych Jezusa, gdyż zwrot „ci od Niego" wskazuje wprost na wąski krąg zżytych z Nim osób. Krąg, który - z wiadomych względów - opuścił i do którego - w mniemaniu „tych od Niego" - dalej należał. Dlatego wyszli, bo Jezus niespodziewanie zniknął z domu, którego nie opuszczał przez 30 lat. Kontekst ukazuje matkę i braci oraz siostry. Co chcieli zrobić najbliżsi? Upomnieć? Pochwycić? Grecki oryginał wskazuje na wolę obezwładnienia Jezusa. Matka i rodzeństwo przyszli, aby Go powstrzymać i wręcz odprowadzić do domowego aresztu, by nie kompromitował dłużej rodziny i siebie samego. A jak Jezus obszedł się z apostołem Piotrem, gdy ten w dobrej wierze zaczął Go krytykować (epitimao): „Zejdź mi z oczu, Szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie". Kto wie, czy Maryja-Niewiasta przeszkadzająca Jezusowi w Jego misji nie usłyszała podobnych słów? Jezusa posądzono o szaleństwo: „Mówili bowiem, że »postradał zmysły«". Kto mówił? Postronni przeciwnicy Jezusa (starszyzna Izraela)? Nie, była to opinia Jego najbliższych, a ich reakcja stanowiłaby jedynie wyraz niepokoju wobec tych zarzutów. A jednak kontekst i to, co wiemy o napięciach wewnątrz „świętej rodziny" znowu przemawia na niekorzyść utartych interpretacji. Wszystko wskazuje na to, że ewangelista Marek w owym migawkowym epizodzie w Kafarnaum przedstawił Jezusa w oczach najbliższych Mu osób. Ich zamiary („chcieli Go pochwycić") i myśli („mówili, że postradał zmysły"). Jego bracia (i siostry) z pewnością nie wierzyli, że jest On oczekiwanym Mesjaszem, a tym bardziej Synem Boga. Logicznie więc - tak jak wmawiała ludowi starszyzna - wnioskowali, że Jezus jest wariatem. A Maryja? Czy jako osoba, której od momentu nawiedzenia w Nazarecie towarzyszyły niezwykłe zjawiska (anielska epifania, cudowne poczęcie bez udziału mężczyzny, gwiazda betlejemska, hołd trzech mędrców czy króli oraz proroctwa wypowiadane w jej obecności) i która przez 30 lat miała Jezusa w zasięgu ręki, mogła na to wszystko przystać? Tę groteskową sprzeczność dostrzegli bardzo szybko adwersarze chrześcijańscy. W pamflecie „Prawdziwe słowo" (178 r.) filozof Celsus napisał m.in.: „Jeśli chodzi o matkę Jezusa - Maryję - to ona nigdy nie miała świadomości, że porodziła istotę nadziemską, Syna Bożego. Przeciwnie, zapomnieli chrześcijanie wymazać z ewangelii zdanie stwierdzające, że Maryja uważała Jezusa za szaleńca i wraz z krewnymi chciała go uwięzić i odosobnić od otoczenia". Maryja nie wierzyła swojemu synowi. Jezus nadal przebywał w domu Piotra obleganym przez tłumy. W tym czasie docierają również (w w. 21 dopiero „wyszli") Jego najbliżsi - matka i rodzeństwo, aby wprowadzić w życie swój plan: „Wtedy przyszli matka i bracia Jego, a stojąc na dworze posłali po Niego i kazali Go zawołać. A wokół Niego siedział tłum. I powiedzieli Mu: »Oto matka Twoja i bracia Twoi, i siostry Twoje na zewnątrz szukają Cię«. I, odpowiadając, rzeki im: »Któż jest matką moją i braćmi?«. I powiódł oczyma po tych, którzy wokół Niego siedzieli, i rzeki: »Oto matka Moja i bracia Moi. Ktokolwiek czyni wolę Bożą, ten jest Moim bratem i siostrą, i matką". Jakże wiele zostało powiedziane w tych kilku zdaniach! Ponieważ ciżba utrudniała dojście do samego Jezusa, „ci od Niego" postanowili wywabić Go na zewnątrz pod pretekstem pilnej rozmowy. W rzeczywistości zaś, żeby tam - niczym w zasadzce - bez rozgłosu i zbędnych scen pochwycić „skandalistę" i odprowadzić Go do domu. Ich apodyktyczny ton (kazali Mu przyjść do siebie) wskazywałby przy tym, że w domowej hierarchii mimo wieku Jezus był „najmłodszy” – czyli najniższy, bo bękart. Stąd liczyli pewnie, iż okaże im należne posłuszeństwo. A co zrobił Jezus? W ogóle nie pofatygował się na to wezwanie, lecz odpowiedział im w trzeciej osobie („posłali po Niego"). Była to do tego gorzka i pozbawiona ciepła odprawa. Tym bardziej przejmująca, że adresowana również do matki. Karygodny powód, dla którego przybyła ona do Kafarnaum, dał Jezusowi możliwość publicznego jej zganienia. Odpowiadając na zadane sobie pytanie („Któż jest matką moją... ?") i wskazując na przygodnych ludzi z tłumu jako na swoją matkę („Oto matka moja..."), dał do zrozumienia, że odrzucał wszelkie macierzyńskie roszczenia Maryi wobec siebie, ale dodatkowo stawiał matkę poza nawiasem swojej nowej, duchowej rodziny (familia Dei). Po prostu - w opinii Jezusa - nie spełniała ona kryteriów przynależności do tej rodziny! Bliscy musieli poczuć się poniżeni wyborem, którego Jezus dokonał. Ponad swoich przedłożył bowiem przygodnych ludzi, powszechnie pogardzanych, z marginesu - celników, grzeszników, cudzołożników i innych włóczęgów. Wykluczał swoich na rzecz wykluczonych! W Kafarnaum stosunki pomiędzy Jezusem i Jego domownikami uległy zaognieniu, w efekcie czego ostatecznie rozeszły się ich drogi na najbliższe 3,5 roku (choć będą spotykać się przy okazji świąt lub uroczystości). Podjęta z najmniej oczekiwanej strony desperacka próba pochwycenia Jezusa – jedno z najbardziej szokujących, a przy tym zapomnianych wydarzeń ewangelicznych - spaliła na panewce. Nie dość, że Jego najbliżsi wracali do domu z pustymi rękami, to jeszcze duchowo sponiewierani, wśród nich Maryja - „wierna służebnica Pańska". „Jeśli kto idzie do mnie, a nie ma w nienawiści ojca swego i matki, i żony, i dzieci, i braci, i sióstr, jeszcze też i duszy swojej, nie może być uczniem moim”. Jak pogodzić podobne wezwanie (słowo „nienawiść”, jakby nie było łagodniejszego i mniej adekwatnego określenia) z nawoływaniem do miłości bliźniego? Jezus nakazuje mieć w nienawiści wszystkich, aby mogli miłować jego samego. Zastanawia, czy On w ogóle mógł cokolwiek, albo kogokolwiek kochać? Zalecając taki stosunek do najbliższych, sam dawał dowód „uczuć” do swojej matki, braci i sióstr. Po prostu lekceważył swoją rodzinę. Później wzgardził nim Ojciec... Wielu badaczy i teologów jest obecnie zdania, że zalecenie, aby mieć w pogardzie „jeszcze też i duszę swoją”, wskazuje, iż nie są to słowa Jezusa, ale kolejna wstawka wczesnochrześcijańskich fałszerzy, która przez bliższych współczesności kościelnych „kontrolerów” została przeoczona. Jeszcze jedna wzmianka z udziałem Maryi u ewangelisty Marka dobrze podsumowuje brak wiary w Jezusa (jako Chrystusa) w Jego rodzinnym domu. Kiedy, już po incydencie w Kafarnaum, zdecydował się On wstąpić do Nazaretu - a były to Jego pierwsze i jedyne odwiedziny w rodzinnej miejscowości od chwili opuszczenia, jak się okazało na zawsze, domu - spotkał się tam z wyjątkową niewiarą i wrogością: „Czy to nie jest ów cieśla, syn Maryi i brat Jakuba, Jozesa, Judy i Szymona? A jego siostry, czyż nie ma ich tutaj u nas? I gorszyli się Nim. A Jezus rzeki im: »Nigdzie prorok nie jest pozbawiony czci, chyba tylko w ojczyźnie swojej i pośród krewnych swoich, i w domu swoim". Nie ma się co dziwić, że Marek nie wspomina przy tej okazji o spotkaniu Jezusa z matką i rodzeństwem, wymianie serdeczności czy głoszeniu im na osobności ewangelii. Po prostu od czasu incydentu w Kafarnaum drzwi Jego rodzinnego domu, w którym spędził bez mała 30 lat, były przed Nim zamknięte. Swój los - odrzucenie przez ziomków, krewnych i domowników - Jezus skwitował gorzkim pocieszeniem. Otóż znalazł się w położeniu wzgardzonych proroków - rzecz przykra, ale jak się okazuje - typowa w historii biblijnej. Niestety, w tym najtrudniejszym dla siebie momencie, a jakże ważnym z punktu widzenia historii zbawienia, Jezus nie mógł liczyć na pomoc swoich najbliższych - schronienie, czy choćby moralne wsparcie z ich strony. Odszedł stamtąd nie jako szalony cieśla, lecz jako „pozbawiony czci" (atimos) prorok... a nawet więcej niż prorok. O tym, że został zniesławiony również przez swoich krewnych (singe-neusin - dosł. „współrodnych") oraz we własnym domu, Jezus oznajmił - co ważne - bez cienia jakiejkolwiek alegorii. Prawdopodobnie po raz ostatni patrzył wówczas na miejsce, w którym dorastał i w którym osiągnął wiek męski. I nie są to by najmniej czcze domysły. Wiele lat później ewangelista Łukasz dopowie, że Jezus cudem (w dosłownym tego słowa znaczeniu) uniknął wówczas śmierci w Nazarecie. Co prawda nie z rąk rodziny (ta chciała Go tylko izolować), lecz obywateli miasta, którzy wywiedli Go z synagogi i zamierzali strącić w przepaść. On jednak oddalił się (może cudownie umknął napastnikom) w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach. Warto zaznaczyć, że działo się to w sabat, a więc w synagodze obecni musieli być również Jego najbliżsi. Łukasz milczy jednak o jakiejkolwiek próbie wstawienia się za Nim z ich strony, nawet ze strony wiernych uczniów. Zapewne płonęli w tym czasie ze wstydu z powodu splamienia przez Jezusa ich rodzinnego honoru. W przeciwieństwie do późniejszej wiary w moralną i duchową doskonałość Maryi jeszcze w III w. wszyscy poważniejsi teologowie przypisywali jej wiele błędów i przywar, czy może niedoskonałości – jak na wybrankę samego boga. Na uwagę pośród nich zasługuje unikatowa (a zbieżna z przedstawioną w tym artykule) opinia największego (do czasów Augustyna) teologa łacińskiego, Tertuliana (155-220 r.), który wytknął Maryi brak (należytej) wiary w Chrystusa. Przypomniał też okazje, w których zasłużyła ona na Jego naganę. W tych warunkach zrozumiałe staje się, dlaczego w pierwszych stuleciach chrześcijaństwa nie mogło być mowy o jakimkolwiek kulcie matki Jezusa. Później poszło już gładko, zgodnie z fantazją kolejnych papieży, a w szczególności tego od Totus - Tuius! Oto wielka tajemnica wiary. Amen! MAp

    ---
    o. Michal Ap

    [ Odpowiedz ]